Jestem wielkim zwolennikiem wybudowania skoczni na Stadionie Narodowym. Jak wiadomo, mądre głowy troszczą się o wykorzystanie obiektu tak, aby na siebie zarabiał.

REKLAMA
Wszyscy wiemy, że skoki narciarskie są w Polsce bardzo popularne – na zawody w Zakopanem dwa razy w roku przychodzi po 20 tysięcy ludzi, a atmosfera jest wspaniała. Warto Warszawie pokazać to, czego nie zaznała. Spragniona Małysza gawiedź wypełni narodową arenę, aby jeszcze raz zobaczyć skok mistrza.
Poszedłbym jednak za ciosem. Skoro jest dach, to można stadion wychłodzić i wprowadzić sztuczne naśnieżanie. Wtedy powstałby unikalny, całoroczny obiekt, porównywalny ze stokiem narciarskim w Dubaju. Owszem, trochę to będzie kosztowało, ale do wydanych już 2 miliardów złotych można przecież jeszcze trochę dołożyć. Skoki powinny odbywać się częściej – najlepiej raz albo dwa razy w tygodniu. Argument, że zawodnicy skaczą gdzie indziej jest słaby, bo wystarczy stworzyć ligę zawodową skoczków, dobrze ją opłacić (kolejny miliard) i wszystko zadziała! Gdyby ktoś zaczął marudzić, że nas na to nie stać, pozostaje wariant skoku na igielicie.
Idąc tym tokiem rozumowania, na części trybun, gdzie naprawdę nie przychodzą ludzie, zbudowałbym roller-coaster, który mądrze zarządzany dałby szansę zbudowania Disneylandu w centrum Warszawy. Wtedy ludzie przyjdą na pewno!
Gdyby jednak i to nie wystarczyło, a obiekt ciągle by przynosił straty, pamiętajmy, że pod bronią czeka Jarmark Europa. Azjatyccy kupcy nie będą mieć żadnego problemu z zapełnieniem trybun i stworzeniem sensownego modelu biznesowego dla obiektu. W ten sposób historia zatoczy koło.
Nie uprzedzajmy jednak faktów. Na razie zbudujmy skocznię. Albo tor saneczkowy!