W sumie wszyscy są zadowoleni. Premier odwołał krnąbrnego ministra i pokazał, że nie opłaca się z nim walczyć. Zrobił to w sposób precyzyjny i od razu powołał następcę, który ma zagwarantować jedność partii. Sam Gowin, choć jeszcze by sobie porządził, był dobrze przygotowany na dymisję.
REKLAMA
Jego wczorajsze "expose" u Tomasza Lisa w TVP2 pokazuje, że był lojalny wobec "wybitnego premiera" tak długo jak nie poszło o sprawy sumienia. I jeszcze dużo, dużo więcej. Oto różniło go z premierem stanowisko wobec "skali i tempa reform". A w ogóle to "dużo istotniejszy wpływ w polityce, nie w wymiarze moralnym, mają różnice dotyczące np. spraw gospodarczych". Itd., itd.
Mamy więc kolejną sytuację w historii RP, kiedy minister sprawiedliwości rysuje swój profil na przyszłego przywódcę. Zapewne czegoś więcej niż tylko Platformy Obywatelskiej. Wzorem Lecha Kaczyńskiego, Jarosław Gowin z zupełnego zera wykreował się na postać rozpoznawalną. Umiejętnie kreował wokół siebie konflikty, zbierał zwolenników i odchodzi jako ofiara. Nie ofiara własnych ambicji, tylko poglądów.
Prawie męczennik.
