Wzorem prawicowych polityków i dziennikarzy wypowiem się dziś na temat filmu, którego nie widziałem. W odróżnieniu od nich, zamierzam go jednak obejrzeć. Oczywiście mam na myśli film o L. Wałęsie.

REKLAMA
Nieprzypadkowo tak tytułuję dzieło, bo swoją ostateczną formę uzyskało dopiero niedawno i bardzo mi się podoba. Tytuł "Wałęsa. Człowiek z nadziei" nawiązuje do dwóch fundamentalnych filmów Andrzeja Wajdy, które wpłynęły na świadomość mojego pokolenia. Ci z marmuru i z żelaza byli trochę pomnikowi. Myślę, że ten z nadziei będzie też trochę z mojej nadziei. I już mnie to dobrze do niego nastraja.
Dużo dobrego dla promocji dzieła zrobił sam główny bohater. Wałęsa pokazał na etapie koncepcji, tworzenia scenariusza, produkcji, zmian, promocji i premiery wszystkie swoje fochy, które cenię. W końcu to one doprowadziły moją formację 18 lat temu do władzy.
Podoba mi się też aktor (Robert Więckiewicz), który gra Wałęsę. Podobno jest lepszy od pierwowzoru, co pewnie nie jest aż takie trudne. Udało mu się przy okazji mieć lepsze wąsy, a partnerka z planu (Agnieszka Grochowska) jeszcze nie napisała książki o ich sekretnym pożyciu.
Na koniec najważniejsze. Podobno do ostatniej chwili wiele zmieniano w scenariuszu i zdjęciach. Liczę, że dowiem się, czy w ogóle, a jeśli tak, to czyim agentem był Wałęsa? Jaki model motorówki dowiózł go do stoczni? Jakie były pseudonimy agentów, którzy wnosili go na bramę? Czas to wszystko wyjaśnić. A w wersji DVD będą pewnie wszystkie wycięte sceny, tak aby zwolennicy innej wersji niż oficjalna mogli sobie obejrzeć ten kawałek, który akurat jest im bliższy.
Z takimi myślami pójdę do kina i obiecuję napisać recenzję po filmie.