Warto pamiętać o 4 czerwca 1989 roku. I traktować to święto - jak radosne święto wolności. Kto mógł przewidzieć w końcówce lat 80., nawet po strajkach młodej fali Solidarności wiosną i latem 1988 roku, że półtora roku od tych wydarzeń - pierwszy niezależny premier będzie rządził w tej części Europy. Ani Wałęsa, ani Mazowiecki zupełnie nie liczyli, że te - poruszone determinacją Solidarności lat 80. oraz dobrym geopolitycznym zbiegiem okoliczności wypracowanym m.in.przez Jana Pawła II, Reagana, Thatcher i w jakimś sensie Gorbaczowa - kamienie milowe Historii staną się lawiną Wielkiej Zmiany. Przecież Okrągły Stół był ryzykownym eksperymentem politycznym. Przecież wybory 4 czerwca były limitowane. Przecież wojska sowieckie, które były straszakiem w 1956, 1970, 1981 - cały czas stacjonowały w Polsce.

REKLAMA
A jednak wybory uruchomiły lawinę, której efektem był rząd Mazowieckiego, początek zmiany ustroju i odzyskania niepodległości. Uruchomiły wielką Reformę przejścia od systemu socjalistycznej, niewydolnej gospodarki do gospodarki rynkowej, ze wszystkimi jej szansami oraz problemami i nierównościami. Uruchomiły europejską Jesień Ludów (tak się wtedy czuło, pisało i mówiło). Runął Mur Berliński. Rozpadły się druty kolczaste zimnej wojny. Pamiętam, jak na początku października byłem z teatrem Gardzienice Włodka Staniewskiego z przedstawieniami w Budapeszcie. I jak byliśmy na nocnej imprezie z opozycjonistami węgierskimi. A tydzień później okazało się, że byliśmy w domu u Gezy Jaszensky'ego - nowego ministra spraw zagranicznych, uwalniających się Węgier. W ciągu kilkunastu miesięcy kolejne kraje stawały przed wyzwaniami - i podejmowały trud budowy wolności, nawet w tak tragicznych okolicznościach, jak w Rumunii.
Co było najmocniejszą siłą tych zmian? Co powodowało tę falę? Oprócz liderów, przywództwa - kluczowa była obywatelska samoorganizacja, wcześniejsze nieposłuszeństwo zamieniające się w dobrze ukierunkowaną aktywność. Obywatele nie zawiedli - i dlatego mogło się to wszystko udać.
W tym wielkim nurcie obywatelskiego poruszenia było wszystko. Reformatorzy różnych dziedzin z gotowymi nie tylko ideami, ale i praktycznymi pomysłami. Leszek Balcerowicz z otwartością na wielki eksperyment transformacji, nigdzie na świecie wcześniej nie ćwiczonej. I z pomysłami na ożywienie polskiego ducha przedsiębiorczości. Jacek Kuroń z koncepcjami na osłony socjalne i samopomoc, oraz otwartością na zbudowanie zupełnie od nowa systemu zabezpieczeń społecznych i funkcjonowania rynku pracy. Ale i z kluczową wiarą, jak ważne są warunki dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Michał Kulesza, Jerzy Regulski i Jerzy Stępień z gotowymi planami obywatelskiej, samorządowej decentralizacji państwa, co wyzwoliło wielką energię Polski lokalnej. I parasol ochronny Solidarności Lecha Wałęsy, równocześnie przecież patronującego Komitetowi Obywatelskiemu. Ten udany zbieg okoliczności - równoległość działań, erupcja pomysłów przyniosły sukces polskiej transformacji.
Nie był to sukces bez porażek i błędów. Oprócz tych, którzy umieli wziąć sprawy we własne ręce, oprócz beneficjentów zmian - w dużej części młodego pokolenia wchodzącego w życie w pierwszej połowie lat 90. - było wielu przegranych i nie rozumiejących istoty zmian. Byłoby miliony razy gorzej, gdyby nie zaufanie i nadzieja, że mimo problemów - kierunek drogi jest dobry. Byłoby gorzej, gdyby nie cotygodniowe wystąpienia telewizyjne Jacka Kuronia: Jego chropawy głos objaśniający świat zachodzących zmian i wspomagający każdego osamotnionego. Byłoby gorzej, gdyby nie społeczna solidarność obywateli cieszących się wygnaniem komunizmu w jego najgorszej (opresyjnej) i najgłupszej (kompletnie nieefektywnej rozwojowo) postaci.
Oczywiście, jak to po latach bywa - sukcesy uznaliśmy za coś oczywistego, i przestaliśmy najpierw się nimi cieszyć, a później zapomnieliśmy. I oczywiście, jak to po latach bywa - coraz silniej do głosu dochodzić zaczęli ci, którym te zmiany się nie podobały. Z różnych zresztą powodów - własnych kompleksów, porażek życiowych, politycznej kalkulacji. Ale to nie powód, żeby tego Święta Wolności - nie uczcić, nawet, albo właśnie po 27 latach.
Bo to był początek polskiej wolności w jej najnowszym wydaniu. Wolności - by powiedzieć patetycznie, która zmieniła Polskę. Czy dzisiaj tę wolność rozumiemy i czy umiemy ją unieść? Czy mamy ją w nas samych?
Dar i doświadczenie wolności nie przychodzą ot, tak sobie. Chociaż często niezbędny jest ów pozytywny zbieg okoliczności, jak w końcówce lat 80. Kluczem jest zrozumienie, że wolność to nie jednorazowy akt - tak jak i demokracja. To proces. To dojrzewanie. To pielęgnowanie i rozwijanie wolności. Zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym. Dla zbiorowej wolności potrzebne jest funkcjonowanie instytucji, które gwarantują wolność i demokrację. Nie może być wolności bez suwerenności i bezpieczeństwa (stąd po 1989 roku, albo dzięki zmianie 1989 roku polski powrót w krąg wartości Świata Zachodu). Nie może być wolności bez praktykowania jej na co dzień - w aktywności obywatelskiej, w odpowiedzialności prywatnej i zawodowej. W pamiętaniu - że nigdy nie jest dana raz na zawsze.
4 czerwca 1989 roku zmienił, wraz z innymi zdarzeniami tego pamiętnego roku, oblicze Europy i Świata. W polskiej codzienności ostatnich 27 lat wolność stała się czymś oczywistym. Ale, jeżeli coś staje się tak oczywiste - to zaczynamy o tym zapominać. I przestajemy pielęgnować: bycie obywatelem staje się niewidoczne, bez pełnego rozumienia praw i obowiązków. Dlatego właśnie - z myślą o obywatelskich powinnościach warto 4 czerwca świętować.
Michał Boni
3 czerwca 2016