Zdobyć szóstą najwyższą górę świata, to już byłby spory wyczyn. Zjechać z niej na nartach, to jak dla mnie zabawa na granicy szaleństwa. Ale Kazik Chmiest i Olek Ostrowski chcą, za co ich podziwiam.

REKLAMA
Dzieci – użyję tej formy, żeby przypomnieć, że w Polsce są jeszcze dzieci, a nie tylko „dzieciaki” - z województwa śląskiego, mają teraz ferie. Jakoś 13 lat temu byłem w podobnej sytuacji. Ktoś z rodziny stwierdził wtedy, że może warto by mi było pokazać, z czym się je jeżdżenie na nartach.
Bywało trudno. Raz, zmieniwszy nagle postawę z pionowej na poziomą w trakcie jazdy wyciągiem orczykowym, nie mogłem powstrzymać zjazdu w dół, więc wycinałem równo ze śniegiem kolejnych jadących za mną. Nie byli zachwyceni, ja w sumie też nie, ale przynajmniej mam co wspominać.
Albo kiedyś od samej góry jechałem z jakąś rówieśniczką tak, że się oddalaliśmy od siebie i zbliżaliśmy do siebie dokładnie symetrycznie, co z góry może i wyglądało ładnie, ale na dole musiało się skończyć gwałtownym spotkaniem. Gdyby to był film, powinna ta narciarka być kobietą mojego życia. Ale chyba nie jest, a może się nie zorientowałem?
Kiedy już jednak zaczynałem wracać z nart w suchym ubraniu, zaczęło mi się nudzić. Oczywiście, wszystko można sprowadzić do absurdu, można nawet powiedzieć, że gra na skrzypcach to zahaczanie końskim włosiem o kawałek drewna, ale trudno. Narty to dla mnie tylko: zjazd, wyjazd, zjazd, wyjazd. Nuda. Żeby sprowadzenie do absurdu było pełne, powinienem był napisać: „zjazd, wyjazd, zjazd, wyjazd na kawałku tworzywa sztucznego czy czegoś tam”.
Ale wierzę, że narty mogą jednak nie być nudne. Wierzę nie tym, którzy zjeżdżają z Kasprowego czy nawet z lodowców alpejskich czy dolomickich. Wierzę dopiero ludziom w typie Kazika Chmiesta i Olka Ostrowskiego, którzy we wrześniu planują zjechać na nartach zachodnią ścianą szóstej najwyższej góry świata Cho Oyu (8201 m. n.p.m.), czego jeszcze nikt w Polsce nie dokonał.
Planują to zrobić początkiem września, czyli zaraz po monsunie, bo panują wtedy najlepsze warunki do wspinania.
Można zadać pytanie: ale po co? Bo lubią. To dla nich ucieczka od codzienności. Dość szybka ucieczka.
Panowie nie są żółtodziobami. Uważajcie, jakie rzucacie luźne pomysły w nocnych dyskusjach. Właśnie z takiego luźnego pomysłu narodziła się poprzednia wyprawa tej dwójki. Wtedy jeden z nich zjechał północną ścianą Piku Lenina (7134 m. n.p.m.)
Wysłali mi filmik ze zjazdu. To musi być świetna sprawa. Sami zobaczcie:
Gdybyście chcieli przyczynić się do rozsławiania naszego kraju poprzez zjeżdżanie z zachodniej ściany Cho Oyu (przy okazji poprzedniej wyprawy napotkany Bułgar powiedział im, że tylko Polacy wpadają na takie dziwne pomysły), możecie zagłosować na nich w Memoriale im. Piotra Morawskiego. Jeśli wygrają, będą mieli fundusze na wyprawę. Jeśli nie, też dadzą radę. Przy zjeździe z Piku Lenina nie wygrali, a i tak pojechali. Ale byłoby im łatwiej. Jak sami mówią, dla nas to dwie minuty, dla nich spełnienie marzeń.
Fajnie czasem, gdy się tak siedzi w kapciach przy kominku, zobaczyć ludzi, którym jakiś owsik każe jechać na koniec świata, wspinać się na jego dach, a potem eeekspresowo zjeżdżać.