Zbliżają się ferie (w niektórych województwach już się zaczęły), a z nimi odwieczny dylemat: Tatry, czy Alpy? Czy postąpić patriotycznie i dać zarobić wyciągowym z Białki Tatrzańskiej? A może patriotyzm polega na omijaniu Podhala, by przyroda mogła zimą choć trochę odetchnąć? I gdzie tak naprawdę lepiej jeździ się na nartach?

REKLAMA
SERGIUSZ: Jestem zakopiańczykiem i pewno powinienem tu silnie lobbować za tym, by narciarze całymi tabunami garnęli się na Podhale. Ale prawda jest taka, że „zimowa stolica Polski” co najmniej od lat sześćdziesiątych dusi się zimą, a narciarzom ma niewiele do zaoferowania. Tatry, to góry niewielkie, za to niebezpieczne. Mamy ich północne, urwiste i skaliste stoki. Tak serio, to tylko jeden szczyt nadaje się jako tako do jeżdżenia na nartach – Kasprowy Wierch. A tam są dwie trasy: Do kotła Gąsienicowego (z pięknymi widokami, ale jeśli chcemy zjechać aż do Zakopanego, to w połowie drogi mamy solidne podejście pod Karczmisko), i do Kotła Goryczkowego – fantastyczny, stromy zjazd szerokim stokiem, kończący się oblodzoną „szyjką”, a wokół wystające kamienie i drzewa. Jest jeszcze stok slalomowy na Nosalu, ale to trasa ekstremalnie trudna. Przez większość sezonu zimowego oblodzona, a poza tym bardzo wąska. Chwila nieuwagi i lądujesz na drzewie. To co, przekonałem Cię i jedziemy do Austrii?
logo
Stubai/Tirol

MAGDALENA: Zakopane omijałabym w sezonie szerokim łukiem nawet wtedy, gdy trasy narciarskie byłyby idealnie wyratrakowanymi nartostradami, bez niespodzianek w postaci wystających gdzieniegdzie kamieni i „przecierek”. Z prostego powodu. Małe miasteczko do którego w sezonie przyjeżdża ze trzy razy więcej turystów niż jest w nim mieszkańców, a infrastruktura drogowa i turystyczna nie jest przygotowana na przyjęcie takiej ilości ludzi. Daruję sobie nawet najlepsze trasy narciarskie w Zakopanem, jeśli pobyt ma to być okupiony godzinnym czekaniem na stolik w restauracji i czterdziestolkilometrowym korkiem na „Zakopiance”, jak po ostatnim sylwestrze. W Polsce są inne, doskonale przygotowane i nie tak koszmarnie zatłoczone miejsca do jedzenia na nartach.
SERGIUSZ: Moment... Skoro mówimy już o moim mieście, to bądźmy sprawiedliwi. Krytykujesz Zakopane za to, co akurat jest jego najmocniejszą stroną i dzięki czemu na luzie przewyższa wszystkie znane mi alpejskie kurorty. Między Gubałówką, a Giewontem mieszka 25 tys. mieszkańców, a rocznie przyjeżdżają tu trzy miliony turystów. Nikt nie nocuje pod mostem, sklepowe półki nie świecą pustkami, a restauracji jest na samych Krupówkach więcej, niż na jakiejkolwiek reprezentacyjnej ulicy Warszawy (Przepraszam, wycofuje tę poprawkę, bo Warszawa nie ma żadnej reprezentacyjnej ulicy formatu Krupówek). Taką „reprezentacyjną” ulicę mają Twoje ukochane Kielce, które uparcie nazywasz „stolicą Gór Świętokrzyskich”. I co? Przypomnę Ci tylko, jak próbowaliśmy znaleźć w Kielcach jakąkolwiek restaurację czynną w Pierwszy Dzień Świąt. W Zakopanem czynne jest wszystko, i o każdej porze. Bo tam się o klienta dba. I gdybym miał się wybrać na ferie zimowe mając wyłącznie w planach lans w kawiarniach, to Zakopane jest zdecydowanie najlepszą opcją. Jednak mieliśmy pomyśleć o planach narciarskich... Przepraszam, zaczęłaś mówić, że są w Polsce jakieś doskonałe miejsca dla narciarzy, gdzie można pojeździć w alpejskich warunkach, a ja Ci przerwałem...
logo
fot.: Magdalena Micuła

MAGDALENA: W Pierwszy Dzień Świąt przy Sienkiewicza, reprezentacyjnej ulicy w Kielcach faktycznie wszystko jest zamknięte, ale cała infrastruktura przy miejskich stokach – Telegrafie i Stadionie – działa bez zarzutu. Ergo: można mieć czynne stoki, przy nich otwarte restauracje, ale całe miasto nie musi być przy tym totalnie zadeptane. I to wszystko w samym sercu Polski. Nic nie mówiłam o alpejskich warunkach, ale są w Polsce naprawdę dobrze przygotowane ośrodki narciarskie. Nie trzeba wcale wyjeżdżać za granicę, żeby wypocząć z rodziną aktywnie i ciekawie. Jednym z moich ulubionych ośrodków w Polsce jest Jaworzyna Krynicka. Kilkanaście zróżnicowanych tras, zarówno łagodnych i szerokich zjazdów, jak i bardziej stromych i wymagających. W ubiegłym roku szkoliłam się tam pod okiem instruktora. Różnorodność tras w ośrodku nie pozwalała się nudzić podczas zajęć, a także dawała możliwość wypróbowywania coraz bardziej zaawansowanych technik. Bardzo lubię niedalekie Dwie Doliny, czyli Szczawnik od strony Muszyny i połączoną z nim Wierchomlę. Tu też można naprawdę ostro pojeździć, a dzieci i łagodniej jeżdżących członków rodziny wysłać na lżejsze trasy. Restauracje na Jaworzynie bardzo przypominają te, które znam z alpejskich stoków. A hotel ze SPA w Wierchomli nie ustępuje w niczym ośrodkom z Zakopanego. Co je różni od zimowej stolicy Tatr? Nawet w najwyższym sezonie da się tu po prostu wytrzymać, bo nie ma tłumów i można spokojnie jeździć na naśnieżonych, wyratrakowanych, oświetlonych trasach. Pewnie, zdarzają się wpadki, jak na wszystkich stokach w Polsce. Ślizg mojej narty do dziś nosi głęboką rysę od kamienia, na który najechałam na stoku w Wierchomli. Ale może dlatego, że zazwyczaj zaczynam sezon, kiedy tylko uruchomią wyciągi a kończę, kiedy wszystko już płynie.
SERGIUSZ: Wszystko fajnie. Ale nie przekonałaś mnie, że Jaworzyna, to to samo co Alpy, tylko bliżej i taniej. To może być dobra opcja na weekend, pod warunkiem, że trafimy akurat na TE trzy dni, gdy są dobre warunki. Ale jeśli miałbym planować wyjazd na narty, na tydzień – dziesięć dni, to wybrałbym jednak Austrię, a najchętniej okolice Innsbrucka. Spokojnie można tam dojechać „jednym rzutem” z Warszawy, znacznie lepszymi drogami niż tymi do Krynicy, czy zatłoczoną „Zakopianką”. Kwatery prywatne w okolicach doliny Stubai można znaleźć już za 20-25 euro od osoby, z dużymi zniżkami dla dzieci. Karnety narciarskie uprawniają do korzystania z bardzo dobrej sieci transportowej w całej dolinie. A trasy narciarskie – z całym szacunkiem i uznaniem dla Jaworzyny – są przygotowane genialnie. Wspomniałaś też o dzieciach. Normą w ośrodkach austriackich są przedszkola i szkółki narciarskie, gdzie oddaje się maluchy na cały dzień, a instruktorzy uczą je jazdy na nartach. Widziałem takie zajęcia dla czerto-pięciolatków i patrzyłem z zazdrością, jak dzieciaki po kilku dniach śmigają po śniegu, a dzięki temu, że spędzają czas w międzynarodowym towarzystwie, to po dziesięciu dniach dogadują ze sobą bez problemu w mieszance 3-4 języków. Jeśli chodzi o nasze rodzime stoki, to oczywiście widzę znaczną poprawę w stosunku do tego co było jeszcze kilka lat temu, ale Tatry i Beskidy nigdy nie będą Alpami. Możemy się poszczycić jednym, czy dwoma dobrze wyratrakowanymi trasami, ale to co mnie ciągnie do Alp, to system połączonych ze sobą wyciągami dolin. Zarówno w Stubaiu, jak Schiwelcie koło Kitzbühel, czy w okolicach Lech przez kilka dni jeździłem nie powtarzając ani razu żadnej trasy. Wjeżdżamy kolejką na trzy tysiące, a potem przemierzamy alpejskie doliny pokryte gęstą siecią doskonałych wyciągów. Wszystko bez kolejek i na jeden karnet. Są też specjalne trasy dla freeride’owców, dla snowboardzistów, saneczkarzy, fanów nartosanek itp... U nas jest tak mało tras, że na jednym stoku spotykają się początkujący i starzy wyjadacze, nartosaneczkarze, snowboardziści i dzieci.
logo
Stubai/Tirol

MAGDALENA: Z lodowcami, gdzie doskonałe warunki panują przez większą część roku i rewelacyjnie przygotowanymi alpejskimi stokami polskie ośrodki nie wygrają nigdy, i porównywać ich ze sobą nie wolno. Ale ważne jest by narciarskiej Polski nie przekreślać z założenia. A jest cała rzesza narciarzy, sama znam kilku takich, którzy uważają nasze stoki za tragiczne, niewarte uwagi i niegodne ich ślizgów. Nieraz słyszałam: „Po co jeździsz na nartach w Polsce? Nie możesz normalnie?”. Fakt, nie jesteśmy Austrią, ale – choćby właśnie te kilkudniowe wypady krajowe są dobrym pomysłem. Na rozruszanie się przed sezonem czy aktywny weekend. Zauważyłeś, że przez ostatnie lata wiele się w polskich ośrodkach zmieniło. I zmienia się cały czas. Zostałam zaproszona na otwarcie sezonu u w Białce Tatrzańskiej. Ten ośrodek jest świetny i rozwija się z roku na rok. Termy „Bania” są rewelacyjne. Organizują tam fantastyczne imprezy, które przypominały mi ucztę rzymską. Goście okryci tylko ręcznikami biesiadują, relaksują się w łaźniach, odbywają seanse w saunie, wskakują do lodowatej wody. Kolejki do wyciągu na Kotelnicy co prawda są, ale szybko się rozładowują. Rok temu w ośrodku otwarto nowoczesną kolejkę krzesełkową z miękkimi, podgrzewanymi siedzeniami i osłonami przeciwwiatrowymi. Ale nie tylko ta – moim zdaniem najlepsza pod względem nastroju i infrastruktury stacja narciarska się zmienia. Także chociażby wspomniany Kielecki Telegraf zyskał ostatnio wyciąg krzesełkowy. W polskie ośrodki inwestuje się i jest coraz lepiej. A musisz pamiętać, że nie każdego stać na rodzinny wyjazd na narty za granicę. Nie wiem jak sobie wyobrażasz dojazd do Innsbrucku „jednym rzutem z Warszawy” samochodem wypakowanym nartami, butami, bagażami na tydzień, z dziećmi. Ludzie lubiący komfort (a tacy pojadą do Stubaiu zamiast w Beskid Sądecki) wybiorą samolot – w tym przypadku do Monachium lub do Innsbrucku – a stamtąd shuttle bus do doliny. A to już kosztuje.
SERGIUSZ: Samolot plus shuttle bus plus wypożyczalnia sprzętu narciarskiego, to rzeczywiście najlepsza opcja dla tych, którzy mogą wydać na wypad z rodziną na narty kilka tysięcy złotych. Wyjazd do kwater prywatnych w Polsce musi być tańszy – inaczej by to nie miało sensu. Ale to jak porównywać podróż autostopem i Dreamlinerem.
To gdzie w końcu pojedziemy na narty?