REKLAMA
"Na górze lód, na dole... Ja się chwieję.
Czy przebić górę, czy przewiercić dół?
Wypłynąć by i jeszcze mieć nadzieję.
Ale tam wiz nie dają - tak jak tu.
Ten lód nade mną prawie jest pęknięty.
To nie z gorączki dreszcze - ty to wiesz.
Wrócę do ciebie jak w tej pieśni, jak okręty,
Będę pamiętał wszystko - każdy wiersz.
Choć nie mam pięćdziesiątki, śmierć za progiem.
Dwanaście lat już tylko ciebie mam.
Wiem, co zaśpiewać, gdy postawią mnie przed Bogiem
I bronić się na Sądzie będę sam."
To był ostatni wiersz Włodzimierza Wysockiego. Marina Vlady znalazła go w szufladzie po jego śmierci. Śmierci, przez którą olimpiada w Moskwie toczyła się przy półpustych trybunach, a Cmentarz Wagańkowski zniknął pod dywanem z kwiatów i złamanych gitar. Cała Moskwa rzuciła się, by pożegnać człowieka, o którym Jewgienij Jewtuszenko nieostrożnie powiedział, że nie był ani wielkim poetą, ani wielkim aktorem, ani wielkim muzykiem, ale to połączenie złożyło się na coś absolutnie niepowtarzalnego. Tę niepowtarzalność pokazuje chociażby rozmowa wspominana przez wybitnego reżysera i wieloletniego dyrektora artystycznego Teatru na Tagance, Jurija Lubimowa. Na godzinę przed rozpoczęciem spektaklu reżyser spytał Wysockiego, dlaczego nie zaczyna się przygotowywać. Wysocki odpowiedział: "Po co? Ja przecież sam jestem Hamletem." Nie musiał się przygotowywać. Potrafił grać intuicyjnie. Docierał do profesorów, robotników, a nawet partyjniaków. O tych ostatnich napisał ironiczną piosenkę, w której śpiewał: "Zapraszają mnie do siebie 'ważni ludzie', żebym im śpiewał 'Polowanie na wilki'." Nieoficjalnie kochany, oficjalnie wdeptywany w błoto i programowo pomijany. Często na skraju załamania nerwowego:
"Ja wszystkiego mam już dość, na nic nie mam siły,
Tyle lat wolności, jak śmiech złej fortuny.
Poderżnijcie gardlo mi, podetnijcie żyły,
Tylko nie zerwijcie żadnej srebrnej struny."
Za jego życia ukazał się tylko jeden jego wiersz, którego współautorem był cenzor. Jak pisał Kurt Vonnegut w "Rzeźni numer pięć", "zdarza się". Zdarzyło się też tak, że niedaleko grobu Wysockiego leży Sergiusz Jesienin. Postać legendarna - wielki poeta, awanturnik, alkoholik i dandys, który w ciągu trzydziestoletniego życia zdążył ożenić się czterokrotnie i to z nie byle kim, bo między innymi z wnuczką Lwa Tołstoja i Isadorą Duncun. I Jesienin, i Wysocki żyli podobnie. Głośno i krótko. Obaj łączyli ogromną wrażliwość, talent, sławę i uwielbienie z demolowaniem pokoi hotelowych i kacami w otchłaniach depresji. A przy tym było w tym coś niewinnego i chłopięcego. Tak jak w znakomicie przetłumaczonym przez Władysława Broniewskiego wierszu Jesienina:
"Chuderlawy, niezbyt wysoki,
Nie złaziłem z drogi nikomu -
Często, często z podbitym okiem
Przychodziłem z bójki do domu.
Na spotkanie wylękłej mamie,
Krew ścierając, mówiłem, blady:
- To nic! tylkom się potknął o kamień.
Jutro z tego nie będzie ni śladu."
Ale przecież to właśnie życie na krawędzi sprawiało, że obie te biografie były piękne. Nie byłoby ani Wysockiego, ani Jesienina bez tych wszystkich awantur, picia, szarpaniny i depresji. Obaj byli jak żagiel z wiersza Lermontowa. Żagiel, który ciągle szuka burzy, jak gdyby był w niej spokój. Oni nie potrafili życia po prostu przeżyć, bo wierzyli, że życie nie po to jest. Zatrzymać można się dopiero po śmierci. Życie trzeba, żeby znów zacytować Jesienina, "przeskoczyć na różowym koniu". Rozsądne życie pasowało do Wysockiego mniej więcej tak jak Moskiewski Instytut Inżynieryjny im. Kujbyszewa. Żył, jak o nim napisał Okudżawa, "tak jak umiał".
"Statki"
"Statki mają swój port, ale w morza się rwą,
Przypływaja z powrotem pośród sztormu i zmroku.
I nie minie pół roku, nim wrócę na ląd,
By w fal rzucić się toń, by w fal rzucić się toń na pół roku.
Wrócą wszyscy prócz tych, których czekasz co dnia -
Prócz najlepszych przyjaciół i wiernych nam kobiet.
Wrócą wszyscy prócz tych, których zawsze jest brak,
W los nie wierzę za grosz, w los nie wierzę za grosz, jeszcze mniej wierzę sobie.
Ale wciąż jeszcze wierzę, że to wszystko nie tak,
Że nie czas palić mosty, trzeba wracać do doków.
Wiem, że wrócę i ja, uskrzydlony jak ptak,
Nową zagram wam pieśń, nową zagram wam pieśń za pół roku..."
"Przerwany lot"
Znad stosu drew się uniósł dym
W nim niedojrzały spłonął kłos.
Posłuchajcie więc pieśni o tym, tym,
Co nie zaśpiewał, choć miał głos.
Może nigdy nie lubił go los, los,
Za tym wszystkim to on własnie stał.
Całe życie go wodził za nos, nos,
Nawet struny fałszywe mu dał.
Zaczął nieśmiało nutą "do",
Lecz nie dośpiewał jej nie do-
Nie wybrzmiał akord jego, cóż...
Nikogo więc nie natchnie już...
Zawodził ktoś, pies zbity wył,
Kot mleko pił, kot mleko pił.
Więc w śmiech, dziś został tylko śmiech, śmiech!
Chciał rzucić żart, nie rzucił nic,
Chciał zapić winem każdy grzech,
Tylko nie było czego pić.
Kiedy już kłótnię wszczynać miał,
Niepewny był, nie wiedział jak.
Chciał przelać krew, a pot się lał,
A z potem duszy spływał smak.
Już sekundant podawał mu broń,
I pojedynek był o krok.
Tylko czemu zadrżała mu dłoń?
Zamiast wytrzymać - spuścił wzrok.
Więc w śmiech, dziś został tylko śmiech, śmiech!
Choć śpieszył się, nie wiedział gdzie.
Wizji starczyłoby dla trzech,
Ale rozmyły się we śnie.
Mogę przysiąc na życie i śmierć, i śmierć,
Wierzył w słowo, więc pilnie go strzegł.
I na śniegu napisał jej wiersz, wiersz,
Lecz niestety już stopniał ten śnieg.
Ale wtedy na szczęście śnieg spadł, spadł,
I napisać mógł wszystko, co chciał,
I największe śnieżynki, i grad
Chciał ustami wyłapać, więc gnał.
Pochwycił w chmurach wielki wóz,
By go najszybciej do niej niósł.
Lecz nie pomogło nawet to,
Bo nie dogonił jej nie do-,
A byk, co jego znakiem był
Z tej chłodnej mlecznej drogi pił.
Więc w śmiech, dziś został tylko śmiech, śmiech!
Gdy wszystko jest jak kulą w płot,
A wszystkim rządzi tylko pech, pech.
Przerwany lot, przerwany lot, przerwany lot...
Więc w śmiech, nieprawdaż? Właśnie tak...
Do śmiechu wam, a nawet mnie.
W pół skoku koń, w pół lotu ptak...
A winny gdzie? A winny gdzie?
Tłumaczenia wykorzystane w tekście są wspólnym dziełem moim i Antka Gustowskiego.