Na portalu Gazety Wyborczej zamieszczono wyniki sondażu, w którym respondenci odpowiadali na pytanie, czy związkowcy blokujący 11 maja Sejm „powinni zostać ukarani”.

REKLAMA
(54% odpowiedziało „tak”, 20% – „tak, ale tylko ci, którzy atakowali posłów”, 15% – „nie, bo to był klasyczny przykład dopuszczalnego obywatelskiego nieposłuszeństwa”, 10% – „nie, może w jakiś sposób naruszyli prawo, ale to są koszty demokracji”, zaś 1% nie miał na ten temat zdania – co zawsze wzbudza pewne rozbawienia, ale rozum internauty jest na razie niezbadany).
Należy abstrahować od miarodajności wyników tego sondażu, a raczej – „sondażu”. Nikt rozsądny nie może przytoczonych wyników brać w poważnych rozważaniach pod uwagę. (Mogą być one w równym stopniu prawdziwe, jak nieprawdziwe – gdyby zestawić wyniki tej portalowej zabawy z faktycznymi ocenami reprezentatywnej grupy populacji Polaków).
Nie jest moją intencją rozważanie, na ile sondaż GW odpowiada minimalnym standardom socjologicznym. Interesujący wydaje się natomiast prawniczy punkt widzenia zogniskowany na poprawności sformułowania pytania zadanego na portalu. Staje się on tym bardziej nośny, że, jak donoszą serwisy informacyjne, Sejm zażądał od prokuratury wszczęcia postępowania karnego w sprawie bezprawnego pozbawienia wolności posłów i innych osób [urzędników zatrudnionych przy obsłudze Sejmu].
Wszystko wydaje się być postawionym w tej sprawie na głowie.
Po pierwsze, jest dla każdego przytomnego człowieka więcej niż oczywistym, że kiedy tłum zostaje dopuszczony „na styk” z tymi, wobec których protestuje, wówczas musi dojść do ekscesów; albo indywidualnych, albo zbiorowych. W takich sytuacjach rządzą wyłącznie emocje, a emocje zbiorowe znoszą wszelkie tamy prawne.
To wie już gimnazjalista (o ile tą supozycją nie obrażam tu uczniów szkół podstawowych).
Po drugie, o ile wiadomo, istnieją określone ramy prawne, w których związki zawodowe mogą realizować swoją misję. Chodzi tu m.in. o art. 59 ust. 3 Konstytucji, zgodnie z którym związkom zawodowym przysługuje prawo do organizowania form protestu w granicach określonych w ustawie (a żadna ustawa nie przewiduje prawa protestu polegającego na pozbawianiu kogokolwiek, niezależnie od okoliczności, wolności).
Z kolei art. 57 ust. 1 naszej Konstytucji obdziela nas wolnością zgromadzeń, która „każdemu zapewnia wolność organizowania pokojowych zgromadzeń”. Kwestie szczegółowe określa ustawa (z 1990 roku), która rozkłada odpowiedzialność zarówno na organizatora zgromadzenia, jak i na władzę lokalną. W perspektywie konstytucyjnej warto zwrócić uwagę na słowo „pokojowych”. W żadnej ustawie ani jedno słowo nie jest zbędne, zaś w Ustawie Zasadniczej, każde słowo jest przemyślane po tysiąc razy przez tysiąc mądrych głów. W perspektywie ustawy o zgromadzeniach (art. 10 ust. 3) – przewodniczący zgromadzenia, proszę Pana Dudy, odpowiada za zgodny z przepisami prawa przebieg zgromadzenia.
Ale pan Duda nie był osamotniony w kłopocie polegającym na zapobieżeniu naruszaniu prawa przez uczestników blokady Sejmu; winien otrzymać, wynikające z ustawy, wsparcie ze strony przedstawicieli Miasta Warszawy. Nie otrzymał go jednak. Mimo wystąpienia wszelkich przesłanek do rozwiązania zgromadzenia – co należało do delegowanych przedstawicieli miasta, żaden z nich (opierając się na relacjach prasowych) tego nie uczynił.
Po trzecie, jest w naszym państwie policja. Jeżeli ktoś zostanie pozbawiony wolności, to kto go uwalnia? – Policja. Natychmiast.
Jeżeli naruszenie prawa, polegające m.in. na ograniczeniu lub pozbawieniu wolności kogokolwiek odbywa się na oczach policji, to ma ona obowiązek działać natychmiast, nieodwołalnie oraz skutecznie (czyli tak, jak np. policja francuska czy amerykańska).
11 maja 2012 roku wydaje się swego rodzaju kolejną cenzurką naszej wątłej demokracji. Oto władza wykonawcza (policja jej właśnie podlega) zaprzestała chronienia władzy ustawodawczej. W odróżnieniu do wielu dziennikarzy nie uważam się za uprawnionego do „dymisjonowania” kogokolwiek, a zwłaszcza ministrów. Jednak na miejscu ministra MSW, ktokolwiek by nim nie był, 11 maja br. wieczorem złożyłbym urząd ze skutkiem natychmiastowym. Przecież to jest kompromitacja władzy. Czyż nie tak?
Tak więc zadane internautom przez Gazetę Wyborczą pytanie wydaje się nazbyt bałamutne.
Jeśli w tej sprawie wolno cokolwiek przeformatować, to sugerowałbym zmianę zapytania na: – czy, i kogo, ukarać za blokadę Sejmu.
Jest całkiem możliwe, że na pytanie „czy” większość głosujących odpowie „nie”. Wówczas nad wieloma sprawami należy się poważnie zastanowić.