NaTemat opublikowało dzisiaj długaśny i dosyć wyczerpujący artykuł na temat szczepionkowej paniki, jej źródeł i jej skutków. I jak zawsze w przypadku tekstów o szczepionkach, w tle pojawiło się nazwisko dr. Andrew Wakefielda.
REKLAMA
W reportażu autorka, Marta Pawłowska, przywołuje słowa pracującej w Stanach lekarki, Kathryn Skuzy, która mówi:
"Zarzucano mu [Wakefieldowi] m.in., konflikt interesów, gdyż reprezentował rodziny dzieci uszkodzonych tą samą szczepionką (tym razem zapaleniem mózgu przez szczepienny wariant świnki). Po rozprawie zabrano mu prawo do wykonywania zawodu w Anglii."
A potem dodaje, że
"Wakefield nadepnął najwyraźniej na odciski wysoko postawionych prominentów w Służbie Zdrowia oraz rządu Wielkiej Brytanii i zagroził zyskom z owych szczepień".
I tu kilka kwestii wymaga chyba klaryfikacji. Po pierwsze, Wakefield nie "reprezentował" rodzin dzieci. Zamiast tego - prawnik Richard Barr, który w istocie był prawnym reprezentatem kilku rodzin chorych dzieci, zapłacił mu za przeprowadzenie badań, które miały dowieść, że za stan dzieciaków odpowiedzialna jest szczepionka. To nie jest konflikt interesów - to jest jawne pogwałcenie metody naukowej.
Konflikt interesów pojawia się za to gdzie indziej. Wakefield nie ujawnił bowiem w swojej publikacji - a miał taki obowiązek - że wiele miesięcy wcześniej złożył w urzędzie patentowym wniosek o przyznanie patentu na nową szczepionkę przeciwko odrze, która oczywiście byłaby na rynku medycznym rywalem szczepionki MMR. Jedyną jednak dla niej szansą na podbicie rynku była dyskredytacja szczepionki MMR. O czym dr Wakefield słowem nie wspomniał.
Wniosek patentowy Wakefielda, który na światło dzienne wypłynął dzięki śledztwu brytyjskiego dziennikarza, Briana Deera, czyta się zresztą jak niezłą powieść science-fiction. Jak się można spodziewać, Wakefield pisze w nim, że jego szczepionka jest skuteczniejsza, bezpieczniejsza i w ogóle lepsiejsza. Jest to kwestia dyskusyjna, ale do sprawdzenia. Ale Wakefield idzie jeszcze krok dalej: twierdząc, że jego szczepionka może być też stosowana jako lek przeciwko wywołanemu przez szczepionkę MMR autyzmowi. No i tutaj witki mi opadły i dalej już nie czytałem, bo pomyślałem, po co mi to? Gość wyraźnie ma niedokońca równo pod sufitem. Albo ma bardzo równo, a patent w połączeniu z publikacją są tylko bardzo zmyślną, żeby nie powiedzieć cwaną, kampanią mającą na celu wzbogacić pana doktora.
Ale tutaj machlojki Wakefielda się nie skończyły. Gdy Główna Rada Medyczna (GMC) ogłosiła w zeszłym roku swój werdykt o odebraniu licencji lekarskiej, opublikowała bardzo szczegółowy raport, który wyjaśnia, jakie zarzuty stawiano badaczowi i co udało się mu udowodnić w ten czy inny sposób.
I okazało się na przykład, że dr Wakefield zwrócił się do prywatnej organizacji o fundusze na badania, które były już fundowane przez NHS (brytyjski NFZ) - do czego nie miał prawa. Ale kase dwukrotnie i tak zainkasował.
Okazało się też, że doszło do poważnych zaniedbań w kwestii tego, jakie dzieci były do badania przyjmowane. Każde takie badanie musi być zatwierdzone przez komitet etyczny placówki, w której się odbywa, a tutaj było to tym istotniejszcze i bardziej rygorystyczne, że na dzieciach miano dokonywać bardzo inwazyjnych zabiegów gastroenterologicznych i neurologicznych.
I tak można wyliczać i wyliczać. Podsumuję to jednak już tutaj: Wakefield nie stracił licencji, bo "postawił się" złowrogim korporacjom i rządom. Stracił ją, bo oszukiwał, defraudował i narażał życie pacjentów (i to tych najbardziej bezbronnych - dzieci).
Wakefield nie stracił licencji, bo jego dane sugerowały związek szczepionki MMR z autyzmem. Ten aspekt jego pracy został zweryfikowany inaczej - i jak na świat nauki przystało - poprzez recenzowane badania naukowe. I pokazano - od 1998 roku wielokrotnie - że ten sugerowany związek nie istnieje. Z licencją dr. Wakefielda nie miało to jednak nic wspólnego.
