Pociąg z Warszawy błędnie skierowany na zły tor.

REKLAMA
Wszystko wskazuje na to, że w ten błąd musiał być zaangażowany w jakimś zakresie człowiek. W Polsce nie ma tak pełnej automatyki, żeby cokolwiek innego mogło zawinić, wszędzie za ruch odpowiadają dyżurni ruchu. Odcinek na którym doszło do tragedii jest bardzo długi - 35 kilometrowy. To bardzo dużo pracy jak na dwie osoby. Jeden tor gdzie prowadzone były prace remontowe był zamknięty i pociąg z Warszawy został źle wprowadzony. Swoja drogą osoba która z zawodu zajmuje się badaniami katastrof kolejowych z ramienia PKP powiedziała mi (oczywiście anonimowo) że maszynista też powinien czuć, że jest źle sprowadzany, że zmienia tor. Kłopot w tym , że tam jest system wielorozjazdowy, więc mógł tego nie zauważyć. -Dziwi mnie to, że nie zobaczyli siebie nawzajem. Droga hamowania w takim przypadku to pół kilometra - powiedział mi człowiek z PKP

- Widziałem, że na miejscu jest Tadeusz Ryś z Państwowej Komisji Badań Wypadków Kolejowych. To wybitny fachowiec i na pewno dowiemy się kto zawinił, ale obecnie nikt nie odważy się oskarżyć konkretnego człowieka - powiedział mi człowiek z PKP.

Osobiście podpisuje się pod tym co napisał były minister transportu Bogusław Liberadzki - mamy problem z PKP.
W związku z niektórymi komentarzami zaznaczam, że chodzi o bezpośrednią przyczynę katastrofy - jest nią chcecie tego czy nie wina dróżnika, tyle. Informacja ta jest przeznaczona dla rozsądnych ludzi, którzy zastanawiają się co mogło się stać, jak mogło do tego dojść. Nie oznacza to jednak, że jestem pierwszy który chciałby karać teraz dyżurnego ruchu. Chory jest tak naprawdę cały system w którym dróżnik musi zajmować się ilomaś rzeczami naraz i ma do dyspozycji przedpotopowy sprzęt. Mam nadzieje, że wszystkie czynniki zostaną wzięte pod uwagę przy wyjaśnianiu tej sprawy.