Poszłam wygrzać się do sauny w jednym z zakopiańskich hoteli. Obok jest siłownia. Szatnia wspólna, damsko-męska. Jedną ręką gmerałam właśnie przy zamku do szafki, drugą przytrzymując na sobie ręcznik (żeby nie było „We saw your boobs”), gdy do pomieszczenia wpadła grupka mężczyzn (nie chłopców!) w towarzystwie trenera.
REKLAMA
„No, dziewczynki, cipeczki!”- odezwał się dziarsko ten ostatni. „Nie grzebcie mi się tu tylko, bo pani będzie się śmiała!”- i pokazuje na mnie. Klucz mi się zaciął, więc stoję jak głupia przy tej szafce, a faceci już rozbierają się do majt (na marginesie dodam- paskudnych slipek), do zaniedbanych obleśnych stóp, do odrażających piwnych brzuchów.
W tej przebieralni jest z 10 kabin, gdzie można się zamknąć, ale nie! Trener kontynuuje: ”No, nie takie z was jednak laleczki! Proszę, zobaczyli kobietę i już się rozbierają! Brawo, panowie! Będą z was chłopy jeszcze!”. Reakcją jest gremialny rechot.
Zamek nareszcie ustąpił, mogę zabrać rzeczy i się ubrać. „Bardzo śmieszne, hahaha!”, rzucam ponuro na odchodnym. Bo co mogę zrobić? To normalka przecież.
Wśród znajomych dyskusja o piosence Setha MacFarlane‘a „We saw your boobs” (Widzieliśmy wasze cycki) kierowanej do sławnych kobiet Hollywood. On przesadził, czy może gwiazdy, obrażając się na niewinne żarty?
Wśród znajomych dyskusja o piosence Setha MacFarlane‘a „We saw your boobs” (Widzieliśmy wasze cycki) kierowanej do sławnych kobiet Hollywood. On przesadził, czy może gwiazdy, obrażając się na niewinne żarty?
Jakiś czas temu, na redakcyjnym kolegium, z ust producenta pada uwaga na temat jednej z prowadzących, której akurat nie ma w pomieszczeniu: ”Niedoruchana jest!”. Wszyscy w śmiech! Zaproponowałam: ”A może mnie zapytaj, od jak dawna nie uprawiałam seksu? Pogadajmy o tym tu i teraz, bardzo proszę!”. Zapadła cisza. Darcie łacha prosto w oczy to jednak mniej fajne niż używanie sobie za plecami. Wyszłam. Potem usłyszałam, że nie mam poczucia humoru.
Coś wam powiem: byłam ładnych parę lat w psychoanalizie i jednym z największych moich zaskoczeń było odkrycie, że to nie jest tak, że ktoś sobie PRZYPADKIEM na taki, czy inny temat żartuje. To, jak i z czego żartujemy, odzwierciedla często nasze głęboko zakorzenione przekonania. W tym wypadku pogardę dla kobiet.
Można o mnie wiele powiedzieć, ale nie to, że nie mam poczucia humoru. W terapii, często się okazywało, że szydząc radośnie z samej siebie (zanosiłam się przy tym ze śmiechu!), tak naprawdę obnażam pokłady nienawiści do własnej osoby i płci. Praca nad odzyskaniem do siebie szacunku zajęła mi sporo czasu i niemało kosztowała.
Warto było. Pewne rzeczy już mnie nie śmieszą. Oskarowy występ MacFarlane'a, koszarowe popisy panów z hotelowej szatni i uwagi tego producenta (a także to, co Janusz Palikot powiedział o gwałcie na Wandzie Nowickiej, Wojewódzki z Figurskim o Ukrainkach, a Andrzej Lepper o zgwałceniu prostytutki), to dokładnie jedno i to samo: chamstwo podszyte seksizmem.
Oburzanie się na to nie jest fanaberią ani sztywniactwem. Jest zdrową reakcją obronną. Tu naprawdę nie ma się z czego śmiać.
Czy to znaczy, że przegięte dowcipy Woody Allena czy Monty Pytona też trafią na moją czarną listę? Broń Boże! Bo jest jeszcze jeden drobiazg: cienka czerwona linia między genialnym artystycznym przetworzeniem a prostacką szyderą. Dlatego nie kupiłam tłumaczenia Kuby Wojewódzkiego po aferze z Ukrainkami, że on niby niczym Gombrowicz rzuca społeczeństwu w twarz jego małość. No nie, co Gombrowicz to Gombrowicz. A co Kuba to Kuba. Z całym szacunkiem. Ale to już zupełnie inna historia.
PS. Nie śmieszą mnie też żarty o obozach koncentracyjnych, o ludziach z Downem i o murzynach krzyczących „ No! Please!”, żeby wszystko było jasne.
