Trzeba cholernie silnej woli i wysokiego poczucia własnej wartości by oprzeć się integrującej mocy wspólnego picia. A tak się akurat składa, że silna wola i poczucie wartości nie są najmocniejszą stroną ludzi skłonnych do uzależnień.
REKLAMA
Wróciłam z dalekiej podróży. 4 tygodnie w australijskim buszu, raczej bez zasięgu. Zgłodniała wieści o tym co wydarzyło się w kraju, kiedy mnie tu nie było, przeglądam posty w „Na Temat”. Dawid Woliński nie pije, nie pije też Maciek Dowbor i to im nie przysparza przyjaciół. Tusk wygrał, ale przegrał. Kim Kardashian zjadła, albo planuje zjeść swoje łożysko, a Doda ma nowego chłopaka. Instynktownie wracam do dyskusji o tym jak trudno w Polsce rzucić picie. Wracam chociaż wolałabym nie. Nie lubię tych wspomnień.
Idę w góry, zasuwam, aż pot leje się po plecach. No trudno, wróciły i są. Nie, nie jestem alkoholiczką. Byłam żoną alkoholików. Kilka razy odegrałam ten sam życiowy dramat. Zmieniali się tylko partnerzy. Byłam ciężko współuzależniona. Gdyby nie kilkuletnia terapia, byłabym nadal. I zawsze już będę musiała uważać. Na co? Opisałam to w mojej i Doroty Wellman ostatniej książce „ Kalendarzyk niemałżeński”, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, zapraszam do lektury.
Tutaj będzie o czymś innym.
X nie pił już od kilku tygodni. Nie mógł spać, dręczyły go „ suche kace”, był rozdrażniony, pocił się i trząsł. Ale nie pił. Przed świętami objawy odstawienne zelżały, wyglądało na to, że najgorsze za nim. To chyba jasne, że w domu nie było nawet kropli alkoholu, pod żadną postacią. Ani w czekoladkach, ani w syropie na kaszel. Zero. Do sprawy podeszliśmy poważnie. Ja też nie piłam. Na babskich wieczorach z przyjaciółkami mówiłam jak jest:” Nie piję, nawet odrobiny, bo chcę mu pomóc rozprawić się z chorobą, która może kosztować go życie. Nie piję przez solidarność. Właśnie walczymy w domu z alkoholizmem, a tę wojnę wygrać można tylko na trzeźwo!”. Dziewczyny rzucały spod rzęs pełne politowania spojrzenia, udawałam, że ich nie widzę. Uważały, że przesadzam.
X nie pił już od kilku tygodni. Nie mógł spać, dręczyły go „ suche kace”, był rozdrażniony, pocił się i trząsł. Ale nie pił. Przed świętami objawy odstawienne zelżały, wyglądało na to, że najgorsze za nim. To chyba jasne, że w domu nie było nawet kropli alkoholu, pod żadną postacią. Ani w czekoladkach, ani w syropie na kaszel. Zero. Do sprawy podeszliśmy poważnie. Ja też nie piłam. Na babskich wieczorach z przyjaciółkami mówiłam jak jest:” Nie piję, nawet odrobiny, bo chcę mu pomóc rozprawić się z chorobą, która może kosztować go życie. Nie piję przez solidarność. Właśnie walczymy w domu z alkoholizmem, a tę wojnę wygrać można tylko na trzeźwo!”. Dziewczyny rzucały spod rzęs pełne politowania spojrzenia, udawałam, że ich nie widzę. Uważały, że przesadzam.
A potem przyszły święta i Sylwester. Wigilię spędziliśmy w wąskim gronie, było miło. W drugi dzień świąt rozdzwoniły się telefony:” Czy jesteśmy w Zakopanem? Jakie mamy plany na Sylwestra? Może zrobimy go u mnie?”. Odpowiadałam, że możemy się spotkać, ale… Jest bardzo poważne ALE. „ U nas nie będzie picia. W ogóle. X trzeźwieje, leczy się , walczy. Sylwester bez alkoholu. Pasuje wam? „ Tu okazywało się, że „oczywiście” i „ jasneniemaproblemu”.
Tydzień później siedzieliśmy więc u mnie w miłym gronie przy suto zastawionym stole. Za oknem prószył śnieg, w kominku wesoło trzaskał ogień. Przy deserze, towarzystwo rozsypało się na mniejsze grupki. Palący, zakutani w kożuchy ćmili sobie fajeczki przed domem. Czekaliśmy aż skończy się rok. Byłam szczęśliwa. „ To może się udać” – myślałam. Na stole przede mną stała szklaneczka soku, bezwiednie po nią sięgnęłam... Po miesiącach abstynencji, łyk mocnego drinka natychmiast uderzył mi do głowy.
Rozejrzałam się. Wszyscy byli pijani. Polewali pod stołem i przed domem, po kątach, w łazience , w sypialni na górze i na balkonie. Gdy przechodziłam obok - „kitrali” flaszki za pazuchą. Co z tego, że byliśmy u mnie, a ja zastrzegłam, że tu się nie pije i uzasadniłam dlaczego? Że cały dzień gotowałam, pięknie nakryłam do stołu i ugościłam znajomych jak najlepiej umiałam? Z tym niepiciem to chyba jednak przesada, przecież nikt nie zauważy! „Jasne, jasne”, a w kieszeni pół litra. Co miałam robić? Wyłączyć muzykę i powiedzieć: „ Wynocha z mojego domu!”? Obrazić się? Popłakać? Ktoś z gości się zorientował, że mam nietęgą minę. Zrobiło się jakoś drętwo, ktoś nawet bąknął „ przepraszam”. Rozeszli się.
X siedział ponury w kącie z papierosem. Nie napił się tego wieczoru. Wytrzymał do następnego dnia. Jaki nowy rok, taki cały rok! Ja następnego roku z nim nie wytrzymałam.
W Polsce żyje podobno minimum 6 milionów alkoholików. Statystycznie, każdy z nich rujnuje życie co najmniej 4 osobom. Każdy z nas zna takich ludzi, a wielu doświadczyło tego na własnej skórze. Dlaczego więc tak mało o alkoholizmie wiemy?
Po publikacji „ Kalendarzyka niemałżeńskiego”, każdego dnia dostaję maile od kobiet, które żyjąc przez dziesięciolecia z alkoholikiem, nie miały pojęcia, że są współuzależnione. Nie wiedziały, że mogą i powinny się z tego leczyć i że ich dzieci też potrzebują pomocy.
Trzeźwiejący alkoholicy są u nas skazani na własne towarzystwo. Często słyszę zarzuty, że AA to niemal sekta, bo ci ludzie dobrze się czują tylko między sobą, zrywają przyjaźnie, a często nawet więzi rodzinne. Ja im się nie dziwię! Namawianie do picia, podśmiewanie się, albo olewanie ( oczywiście alkoholem) takich próśb, jak moja owego pamiętnego Sylwestra, to w Polsce norma. Dorośli, mądrzy i wykształceni ludzie, w tej sprawie zachowują się jak niesforne dzieci, zbuntowane przeciw rodzicielskim zakazom. Trzeba cholernie silnej woli i wysokiego poczucia własnej wartości by oprzeć się integrującej mocy wspólnego picia. A tak się akurat składa, że silna wola i poczucie wartości nie są najmocniejszą stroną ludzi skłonnych do uzależnień.
Kilka lat temu zakończyłam terapię. Jeśli jeżdżę w dalekie podróże, piszę książki, mieszkam w pięknym miejscu i budzę się uśmiechnięta, to właśnie dzięki niej. Nie ma dnia, bym nie dziękowała za to, że udało mi się wyplątać z piekielnych sideł współuzależnienia. To była ciężka praca wykonywana bez wsparcia, nie licząc… grupy wsparcia. Moje otoczenie nadal nie do końca rozumie na czym polegał problem. Nie wiem czy powodem jest brak wiedzy, czy raczej wypieranie własnych problemów. Wiem za to, że na pewno brakuje w Polsce mądrej, rozłożonej na lata i obejmującej różne grupy wiekowe i środowiska akcji uświadamiającej czym jest alkoholizm i jakie dziś mamy narzędzia by walczyć z jego skutkami. Czekam na nią. Chętnie się włączę.
