A czy ty jesteś na tyle fajny, by nie pić alkoholu?

Dawid Woliński przyznał, że nie potrzebuje alkoholu, żeby się zrelaksować.
Dawid Woliński przyznał, że nie potrzebuje alkoholu, żeby się zrelaksować. fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Jan Borysewicz przestał pić alkohol – to krótkie zdanie podbiło w ubiegłym tygodniu portale plotkarskie. Dziwi mnie zdziwienie ich redaktorów. Choć może nie powinno, bo przecież w Polsce przyznanie się do niepicia oznacza po prostu towarzyską śmierć. Na razie.

Zwykle nie wzruszają mnie historie celebrytów. Pod koniec ubiegłego roku zwróciłam jednak uwagę na wyznanie Macieja Dowbora, prezentera telewizyjnego. Na łamach miesięcznika "Sukces" Dowbor skarżył się, że powoli traci kolegów. Nie, żeby jakoś specjalnie załaził im za skórę. Po prostu przestał pić. "Dziś na każdym zakrapianym spotkaniu, gdy mówię, że nie piję, wywołuję niemal popłoch, a czasem współczucie [...]. Co to za facet? Co to za Polak? Znaczy dziwny jakiś. Albo pedał" – napisał w felietonie dla magazynu.

Najpierw zaczęłam się zastanawiać, z kim ten Dowbor się koleguje, co za goście mogli tak powiedzieć. Później jednak przypomniałam sobie firmowe imprezy, na których mój kumpel z biurka obok, porządny przecież gość, rzuca mi po pijaku, że jak nie piję, to jestem "trzeźwiakiem", a w towarzystwie takich, to on "niepewnie się czuje". Niby żartem, ale…

Bo alkohol jest w Polsce elementem socjotwórczym. Raz, że przy nim łatwiej nawiązać relacje. Co więcej, okazywanie bliskości tylko po alkoholu wydaje się u nas czymś normalnym i usprawiedliwionym. Jak kiedyś tłumaczył w rozmowie z Michałem Falem socjolog dr Wojciech Jabłoński, "pozbawioną formalnego gorsetu bliskość można demonstrować właściwie dopiero wtedy, kiedy jesteśmy podpici". W innym przypadku: jak się wzrusza, to pedał.


Dwa, że alkohol jest zawsze tematem do rozmów, który wszyscy rozumieją – od prezesa banku, do bezdomnego na dworcu, każdy może włączyć się w rozmowę, która kręci się wokół opisów alkoholowych ekscesów. Jesteśmy bodaj jedynym narodem, który robi z tego niemal sport: kto więcej, szybciej, intensywniej. W tym kontekście uderzyła mnie relacja alkoholiczki zamieszczona w najnowszym numerze "Tygodnika Powszechnego". Kobieta, która opisuje historię swojego uzależnienia wiele lat spędziła we Francji. Pod koniec dzieli się refleksją: "Chyba nikomu z moich francuskich znajomych nie przyszłoby do głowy chwalić się tym, że podczas imprezy zrzygał się pod stół". Ile ja słyszałam takich historii?

Choć w tym samym "Tygodniku Powszechnym", terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska przekonuje, że ludzi, którzy w Polsce zdecydowali się nie pić w ogóle jest jak na lekarstwo, mam jednak wrażenie, że z każdym rokiem może ich być coraz więcej.

Choćby dlatego, że coraz więcej z nas aktywnie uprawia sport, zaczyna mierzyć się ze sobą. Bierze udział w triathlonie (jak Dowbor), próbuje przebiec pierwszy maraton. Nie wierzycie, że to działa? Polecam moją rozmowę z Tomaszem Lisem. Redaktor naczelny "Newsweeka" opowiedział mi, jak krok po kroku maraton zaczął przejmować kontrolę nad jego stylem życia – zdrowe odżywianie, zero fajek, zero alkoholu. Kwestia priorytetów.

Znajomy podrzucił mi dzisiaj wycinek z kolorowej gazety, którą czytał w oczekiwaniu na fryzjera. Projektant Dawid Woliński mówi tam o alkoholu:

Nie potrzebuję go do zabawy. Jak mam ochotę się bawić, to się bawię. Alkohol to złudny relaks, a ja jestem zrelaksowany – odstresowuję się na siłowni. Tam o niczym nie myślę. Biorę sztangę, skupiam się na dźwiganiu.

"Grazia" nr 16 z dnia 8.08.2013, str. 32

Fajna postawa. Bez zadęcia, zbędnej ekscytacji, napinki. Tak może powiedzieć tylko człowiek odpowiednio pewny własnej wartości. I może w tym właśnie rzecz.

Alkohol to przynajmniej jedna dziedzina, w której sukces może mieć każdy. Jest łatwy i dostępny. Pozwala nie skupiać się na prawdziwych wyzwaniach. Więc, zanim fani i fascynaci alkoholu zdążą hejtować ten felieton, proponuję, niech się zastanowią:

A czy ja jestem na tyle fajny, żeby go nie pić?

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...