W dzisiejszej "Gazecie Wyborczej" red. Jacek Żakowski proponuje kolejne rozwiązanie, które mogłoby doprowadzić do otrzymania prawdy o - jak pisze – tajemnicy smoleńskiej. Trzeba tylko – zacytuję autora – zastosować formułę odpowiadającą wyzwaniu. Taka formuła istnieje i nazywa się „panel deliberatywny”. Polega z grubsza na tym, że argumentów ( także odlotowych) wysłuchuje reprezentatywna grupa ochotników (100,500 albo 1500). I dalej: pracę panelu kończy głosowanie.

REKLAMA
Rozumiem, że autor zakłada, iż głosowanie wyjaśni „tajemnicę smoleńską”. W przeciwnym razie byłaby to tylko sztuka dla sztuki.
Nie wiem jak autor wyobraża sobie np. przebieg doboru „ochotników”. Domyślam się, że pierwsi i w większości mogą się zgłosić nieprzemakalni wyznawcy zamachu, którzy każdy fakt ze strony zwolenników nie zamachu lecz lotniczej katastrofy natychmiast odrzucą. I co wtedy? Wystarczy przecież wysłuchać wypowiedzi członków zespołu pana Macierewicza. A selekcja uczestników panelu nie wchodzi przecież w rachubę. Co to więc znaczy określenie – jak pisze red. Żakowski - „grupa reprezentatywna”?
Czy panel smoleński mógłby zastąpić konferencję naukową proponowaną przez profesora Michała Kleibera? Oczywiście tak, ale po co? Aby z wyjaśniania tragedii zrobić kolejną farsę? Oddajmy badanie tragedii w ręce i głowy naukowców z prawdziwego zdarzenia, a nie przypadkowego(?) widza.
Paweł Deresz