Człowiek, który sam o sobie stanowi, sam sobie wybiera, kim jest, sam decyduje, w co wierzy i któremu nikt niczego narzucić nie może, ożył. Stanął przed swymi przerażonymi twórcami, niczym dzieło doktora Frankensteina i prosto w twarz powiedział do nich słowa, których by nigdy się nie spodziewali. Jestem Inny i Odmienny, więc moje cele też są Inne i Odmienne. Na wasze cele grosza więcej nie dam wam z moich podatków.
REKLAMA
Natura i kultura toczą mecz od zawsze. Kultura uczy ogłady. Dziel się z innymi, dbaj o wspólne dobro i puszczaj panie przodem. Wszyscy ludzie są podobni, a więc są rodzeństwem. A z rodzeństwem, wiadomo. Trzeba się wspierać.
Natura ma inne zdanie. Nie uczy sprawiedliwości, tylko przetrwania. Słabym lepiej nie zawracaj sobie głowy. Chorzy i tak nie nadążą, szkoda w nich inwestować, cała grupa na tym straci. Ludzie są różni, więc niektórzy zajdą wyżej. Tak ma być. Obcy zabiorą nam, co mamy, bo są obcy. Trzeba się bronić.
To zupełnie odmienne podejścia, ale żadne z nich nie mogło nigdy istnieć samodzielnie, ani ostatecznie wygrać. Kultura bez natury odrywa się od rzeczywistości. Natura bez kultury sprowadza ludzi do poziomu zwierząt, co z czasem staje się nie do zniesienia.
Jednak w ciągu ostatnich lat na scenie pojawiła się trzecia siła. Ani natura, ani kultura, tylko wolny wybór. Każdy oddzielnie dla siebie decyduje kim jest, jak chce żyć i co dla niego ważne. To stanowisko jest coraz popularniejsze. Masz samoświadomość, to sam swoje zasady ustalasz.
Jednak w ciągu ostatnich lat na scenie pojawiła się trzecia siła. Ani natura, ani kultura, tylko wolny wybór. Każdy oddzielnie dla siebie decyduje kim jest, jak chce żyć i co dla niego ważne. To stanowisko jest coraz popularniejsze. Masz samoświadomość, to sam swoje zasady ustalasz.
Jak się nietrudno domyśleć, filozofia tego rodzaju, dając jednostce wolność nieskończoną, musi urzekać choć trochę każdego, ale szczególny wpływ mieć będzie na ludzi najmłodszych. Sposoby jej realizacji w działaniach bardzo młodego człowieka są łatwe do przewidzenia. Na przykład będzie demonstrował, że może nosić, co chce i jak zechce.
Czapkę tył na przód, trampki do marynarki, spodnie z dziurami, rozwiązane buty, fragmenty wojskowych mundurów do różowej koszulki.. Może zapuścić brodę i włożyć sukienkę, mieć krawat z przeźroczystego plastiku wypełniony wodą, w której pływać będzie złota rybka, jeździć na rowerze z jednym kołem, jeść tylko to, co inni wyrzucą.. Spać z kimkolwiek, sprzedać dziewictwo za bilet na koncert, złożyć w kościele przysięgę dziewictwa do śmierci, zostać hinduistą, zmienić płeć, ogłosić, że płeć jest iluzją, umówić się z kimś w internecie, że jeden drugiego uśmierci i pożre.. Jeśli to nie robi nikomu krzywdy, to jest ok. Granice mojej wolności są na granicach twojej. I tyle. Trzeciemu nic do tego.
Jak widać po przykładach, tego rodzaju manifestacje są stosunkowo bezpieczne i faktycznie wielkiej szkody nie przynoszą, ponieważ możliwości młodych ludzi nie są zbyt wielkie i ograniczają się w zasadzie do nich samych. Za to obserwowanie takich przejawów ludzkiej pomysłowości może być niezłą zabawą.
Młodzi ludzie gotowi są bronić swej wolności w każdym możliwym zakresie, jak lwy, co widać było kilka lat temu, gdy siermiężno histeryczna kampania krzyża pod prezydenckim pałacem próbowała odnowić świat, gdzie jakieś reguły są stałe i ktoś konkretny je zna. Młodzież szybko i sprawnie wybiła to z głowy krzyżowcom, wrzucając ich między błaznów. Prawdopodobnie w dużej części była to ta sama młodzież, która dzisiaj popiera Korwina.
Jak to możliwe? Nie tylko możliwe, ale i oczywiste. Kiedy skończy się lat trzydzieści i dziewięć i pół i z nastolatka staje się młodym dorosłym, możliwości wpływania na świat robią się znacznie większe. Środki można mieć niebagatelne. Jeśli ktoś wystarczająco mocno wierzy, że nie ma żadnych granic, jest całkiem możliwe, że osiągnie w jakimś miejscu sukces. Na przykład zaczyna zarabiać pieniądze, albo prowadzić firmę. Szybko odkrywa, że mało kogo, prócz paru kapłanów w niedzielę, obchodzi już, jak on nosi czapkę i z kim sypia. Zamiast tego zjawiają się jednak ludzie, którzy domagają się, by oddawać część swojego innym, choć tego się nie chce.
Filozofia, zgodnie z którą wszelkie wartości są względne przestaje więc wpływać tylko na to, jakie preferuje się zabawy w weekend, a zaczyna mieć praktyczne, finansowe konsekwencje. Decyzje państwa co do tego, na co przeznaczać pieniądze z podatków, zawsze oparte są na jakimś subiektywnym osądzie. Ten jest oparty na wartościach. A wartości są względne. Skoro wartości są względne, to i te decyzje są względne. A skoro decyzje są względne, to jakim prawem jeden decyduje, na co wyda pieniądze drugiego?
Jedyna logiczną konsekwencją jest więc decyzja, by swoich pieniędzy nikomu innemu do wydawania nie powierzać.
Jedyna logiczną konsekwencją jest więc decyzja, by swoich pieniędzy nikomu innemu do wydawania nie powierzać.
A jeśli państwo się upiera, by je zabrać, to trzeba państwo zlikwidować, tak samo, jak wcześniej zlikwidowało się inne ograniczenia. Choćby te, które zakazywały nosić czapkę tył do przodu, lub brodę do sukni. Dla człowieka nowej generacji państwo staje się więc czymś, co zasadniczo jedynie przeszkadza mu w jego nieskrępowanym samorozwoju. Człowiek nowoczesny przekonywany jest na każdym kroku, że jego możliwości ograniczać może tylko on sam. Lub właśnie głupkowate państwo, które udaje, że pomaga, a tak naprawdę tylko krępuje.
Jedna jest tylko rola, w jakiej człowiek współczesny jest gotów państwo zachować. To rola symbolu abstrakcyjnej świętości. Życie za ojczyznę, ale ani grosza na złodziejskie państwo – mógłby wykrzyknąć niejeden współczesny prawicowiec, nie dostrzegając wewnętrznej sprzeczności. Rzecz w tym, że państwo, jako instytucja, która czegoś oczekuje od człowieka, tego człowieka ogranicza i do czegoś bez przerwy go zmusza. Tymczasem ojczyzna, to coś, czego jednostka może używać dowolnie, kiedy ma ochotę na trochę zbiorowych emocji. Państwo to rodzaj obowiązku, a ojczyzna i zbiorowa fantazja o bohaterskim dla niej umieraniu, to czysta przyjemność, którą, jak wiele innych współcześnie dostępnych przyjemności, można sobie włączać i wyłączać do woli.
Jeśli spojrzymy na sposób, w jaki dawniejsze państwa egzekwowały rożne rzeczy od obywateli, uderza ważna różnica w stosunku do państw dzisiejszych. Dawniejsze stosowały siłę, ale oprócz siły istniała także pewna mistyczna kategoria świętości, która siłę czyniła słuszną. Cesarz miał na przykład boskie pochodzenie. Dynastia była autoryzowana przez bogów. Początki państwa miały nadprzyrodzony charakter. Odmowa współpracy z takim państwem nie była wyłącznie głupstwem, z uwagi na perspektywę spotkania z halabardnikami. Była także świętokradztwem z uwagi na coś tajemniczego, co za państwem stało i nadawało sens jego istnieniu.
Państwo współczesne jest po prostu tworem administracyjnym, powołanym w celach pragmatycznych. Można przynależność państwową zmieniać do woli. To kontrakt, jak każdy inny. Kłopot w tym, że nie ma czegoś takiego, jak jedna, wspólna dla wszystkich pragmatyka. To, co jeden uważa za celowe, drugi może uważać za zupełnie absurdalne. Wspólne, czysto pragmatyczne przedsięwzięcie, które obejmowałoby każdego, to bardzo problematyczny pomysł. A jeśli państwo nie jest niczym świętym, a wszelkie jego decyzje można zakwestionować, na czym, prócz siły, ma się opierać prawo tego państwa, by wymagać czegokolwiek od obywateli? Obywatele prędzej czy później po prostu mogą odmówić i wygląda na to, że w całej Europie właśnie obserwujemy początki tego procesu.
Współczesna lewica zachodzi w głowę, jak to możliwe, że ludzie, którzy przecież nie zmienili swoich poglądów w kwestiach obyczajowych, nagle skierowali się w stronę prawicy. Odpowiedź jest prosta, choć może być trudno ją przyjąć. Odmowa współpracy przy czymkolwiek wspólnym właśnie z totalnej obyczajowej wolności się mogła urodzić. Jeśli ktoś dowiedział się już, że tylko on sam decyduje o swoim ciele, płci, seksualności, wartościach i relacjach, o swojej religii, o przynależności, o swoim języku, stroju i tradycjach i tylko on sam sobie może wybrać nawet to, co inni mogą myśleć, gdy patrzą na niego, to kto teraz takiego nadczłowieka przekona, że nie może on decydować podobnie o swoich pieniądzach?
Tak wychowani młodzi ludzie niczego lepiej nie znają, od swych własnych praw, by sami mogli o sobie stanowić. Nie chcą więc dać pieniędzy na coś, jeśli nie wyrazili na to zgody. A likwidacja państwa jest na to najprostszym sposobem. W tym punkcie łączą się pozorne przeciwieństwa lewicy-prawicy i właśnie po tym mostku młodzi ludzie z lewej strony na prawą przechodzą. Dobrze wyraził to Nietzsche w Tako rzecze Zaratustra, gdy pisał:
"Państwo wszakże łże we wszystkich językach dobra i zła; cokolwiek rzeknie, skłamie - a cokolwiek posiada, skradzione to jest.(...)Gdzie państwo się kończy, tam dopiero zaczyna się człowiek, który nie jest zbyteczny: tam się poczyna pieśń niezbędnego, jedyną i niezastąpioną nutą. Gdzie państwo ustaje, spojrzyjcież mi, bracia moi! Czyż nie dostrzegacie tam tęczy i mostów nadczłowieka?"
Jak to się skończy? Jeśli prawicy uda się zrealizować swoje cele, polskie państwo będzie niepokonane.
Jak to się skończy? Jeśli prawicy uda się zrealizować swoje cele, polskie państwo będzie niepokonane.
Nie posiadając nic, nie będzie mogło nic utracić. Nawet najpotężniejszy agresor nie będzie zatem w stanie nic nam wydrzeć. Gdy w dodatku państwo każdemu da dostęp do broni, obroni się każdy przed każdym. Być może jakaś rzeczywista ofiara gwałtu doprowadzona do ostateczności kolejną złotą myślą o kelnerkach, gwałcie i kobietach, którą wygłosi publicznie wiadomy dżentelmen, zrobi z dostępnej jej broni użytek i go po prostu zastrzeli. Niektórym może się zdawać, że co się nie opłaci, to i niemożliwe, ale, jak wiedzą doskonale wszyscy więzienni psycholodzy, człowiek doprowadzony do ostateczności kosztów nie kalkuluje, bo perspektywa czasowa zamyka się w destrukcyjnym akcie rozładowania i dalej się myślą nie sięga.
Byłby to więc kolejny przykład tego, jak każda rewolucja pożera w końcu własne dzieci.
Czy kogokolwiek by to zszokowało? Nie bardzo. W zalewie tysięcy wiadomości o strzelaninach na libacjach, weselach, wigiliach i wielkanocach znikłoby to całkowicie.
Zresztą mało kto miałby czas na czytanie. Nawet Malanowskiej nikt by nie wziął na etat pisarki, ani nie dyskutował o tym nawet, bo każdy mógłby wydawać sam siebie. Sam sobie by robił korektę, sam sobie promocję, sam był sobie krytykiem i własną przedmowę pisał do swej książki. Sam by też siebie samego zatwierdzał do druku, dokonując spośród siebie starannej selekcji.
Zresztą mało kto miałby czas na czytanie. Nawet Malanowskiej nikt by nie wziął na etat pisarki, ani nie dyskutował o tym nawet, bo każdy mógłby wydawać sam siebie. Sam sobie by robił korektę, sam sobie promocję, sam był sobie krytykiem i własną przedmowę pisał do swej książki. Sam by też siebie samego zatwierdzał do druku, dokonując spośród siebie starannej selekcji.
Zresztą nie byłoby druku. Po co wydawać na papierze i dawać zarabiać księgarniom? Nie byłoby już księgarń. Pisać można przecież na własnym blogu i dawać czytelnikom przez sms dostęp. Albo od razu założyć własną telewizję na Youtube. Niektórzy już to zrobili. Nie wydawano by nawet Nietzschego.
