Czy istnieje jakakolwiek korelacja między ilością lat obowiązkowej edukacji w jakimś kraju, albo wiekiem rozpoczęcia nauki szkolnej a realną wiedzą u dorosłych którzy przechodzą przez ten system? Nie ma żadnej. Niezależnie, czy ludzie idą do szkoły w wieku lat pięciu, sześciu czy siedmiu czy ośmiu w rok po maturze zostaje tyle samo. Wiek rozpoczęcia edukacji w najmniejszym stopniu nie koreluje z wiedzą dorosłych obywateli. I nie są to moje wymysły. Tak wynika z testów.

REKLAMA
Dyskusja o sześciolatkach idących do szkół w pełnym toku. Oto na portalu Krytyki Politycznej pani doktor Piotrowska przekonuje, że szkoła jest najlepszym miejscem rozwoju dla dziecka.
Oto argumentacja:
„Dziecko nabiera świadomości, że jest jednym z wielu – nie jedynym, jak w domu – ale jednym z wielu. I jeśli zachowa się nie w porządku w odniesieniu do kolegów czy koleżanek, to mogą się oni na nie zwyczajnie obrazić. Nie ma lepszego poligonu doświadczalnego, lepszej kuźni charakteru, samodzielności i osobowości, lepszego miejsca do nauki funkcjonowania w grupie, a więc później także w społeczeństwie, niż właśnie szkoła. W tym decydującym dla rozwoju dziecka okresie, każdy kolejny rok spędzony wyłącznie w domu – co zazwyczaj sprowadza się do oglądania telewizji albo przesiadywania przed komputerem – jest po prostu rokiem straconym.”

Dodaje pani doktor kilka innych niezłych argumentów. Na przykład gdy pada pytanie:
„Często pada argument, że w Polsce bardzo wiele dzieci nie chodzi do przedszkoli, bo brakuje miejsc – a zatem „wrzucenie” sześciolatka od razu do szkoły może być ponad jego siły.”

Odpowiedź jest taka:
„Jeśli nie chodził do przedszkola, to im szybciej znajdzie się w szkole, tym lepiej. Myślę, że my bardzo często przesadnie infantylizujemy nasze dzieci. W Polsce one zawsze są za małe, zawsze sobie nie poradzą, zawsze wszystko za nie muszą robić rodzice. Oczywiście – dla rodziców takie podejście bywa często komfortowe i po prostu łatwiejsze. Paradoksalnie ci sami rodzice, którzy tak głośno protestują przeciwko obowiązkowi szkolnemu dla sześciolatków, nie mają oporów przeciwko zapisywaniu swoich dzieci na dziesięć różnych zajęć czy kursów dodatkowych, z językiem chińskim włącznie…. Tak czy inaczej – dzieci potrafią sobie świetnie radzić.”

No tak. Braku przedszkoli zmienić nie można, więc wyślijmy dziecko do szkoły im szybciej tym lepiej. Brak miejsc w przedszkolach traktujemy tu jako „rzecz daną” tak jak dany nam jest deszcz w majowy długi weekend. Jest to w obowiązującym polityczno ekonomicznym dyskursie rzecz całkowicie poza zakresem możliwej refleksji ludzkiej. Jeśli nam to przeszkadza, musimy się po prostu więcej modlić a dziecko im szybciej do szkoły tym lepiej.
No ale to przecież nie jest wina pani doktor, że nie ma miejsc w przedszkolach.
Generalnie wszystko to brzmi bardzo rozsądnie bo tworzy się klarowny obraz z jedną możliwą oceną. Całkiem jak w teście na inteligencję, gdzie jedno zadanie ma tylko jedno możliwe dobre rozwiązanie.
Z jednej strony przedstawia nam się obraz jak z Dynastii. Oto dziecko zamknięte w domu (jedno), lub w ogródku z basenem otoczonym tujkami. Na które (na dziecko, nie na tujki) rodzice chuchają i dmuchają, z domu nie wypuszczą na krok i tylko zapisują je na tenis, golfa, chiński w obu dialektach, fortepian i angielski, francuski, niemiecki (te trzy ostatnie jednym tchem wypowiadane) i wszystko tylko w sytuacji dualnej. Ono – dziecko, król świata z jednej strony i z drugiej nauczyciel. Jeden, specjalnie wynajęty przez rodziców instruktor za ciężką kasę, którego najmniejszy dziecka grymas zdmuchnąć może raz na zawsze i z życia usunąć. Moi rodzice panu płacą i co mi pan zrobi?
Alternatywnie do tego wizerunek drugi. Dziecko zaniedbane, zapomniane przez zapracowanych choć i pełnych poczucia winy rodziców biegających od zlecenia do zlecenia na jakże elastycznym rynku pracy. Siedzi cały dzień w domu przesiadając się tylko sprzed telewizora przed komputer, sprzed komputera przed Playstation, stamtąd znów przed telewizor, znów przed komputer.. W końcu zjada frytki mrożone, do tego mrożone paluszki rybne z keczupem, litrem słodzonego soku popije i nie myjąc zębów (bo nikt nie dopilnuje tego) idzie spać. Straciło rok.
Albo jeszcze trzeci obrazek. Alkoholowy dom, przemoc, zaniedbanie, bród i masakra. Nikt nic nie czyta, ogląda się tylko seriale w rzadkich momentach trzeźwienia, rodzice używają na co dzień nie więcej niż tysiąca dwustu słów. Dziecko do zabawy ma tylko kółko żeliwne od kuchni węglowej, które ewentualnie może sobie nałożyć na szyję przez głowę i liczyć na to, że jak ostygnie, to się nie skurczy za bardzo. Bo jak się skurczy, to nie prędzej zauważą niż w chwili kiedy będą tego kółka potrzebować.
Oto jak straszliwy los czekać może nasze dzieci gdy do szkoły rok wcześniej nie pójdą. Na szczęście jest ratunek.
Bo w lepszym świecie (tym już po reformie) po drugiej stronie mamy dziecko rozwinięte wszechstronnie na społecznym poligonie szkoły. Jak się będzie nad inne wysadzać, to dzieciaki je oduczą. Jak nie będzie przygotowane, dostanie złą ocenę. Szkoła wskaże możliwe obszary zainteresowania, rozwinie zdolności, wytrenuje w szukaniu wiedzy.. W jasnej, czystej klasie miła pani pokaże zaniedbanym dzieciom świat, a jeśli które będzie w domu dla odmiany zadbane przesadnie, to na jasnym, szerokim korytarzu inne dzieci pokażą mu przewagę kolektywizmu i altruizmu prospołecznego nad indywidualistycznym narcyzmem.
Proste i piękne. No wprost nie sposób tego dziecku odmówić i chciałoby się powiedzieć, że im prędzej tym lepiej. Im szybciej zabierze się te dzieci z tych strasznych domów i odda do tej wspaniałej szkoły, tym lepiej. Czemu czekać aż do siódmego roku życia, skoro można to zrobić rok wcześniej?
Ja bym dalej jeszcze poszedł podążając tą samą logiką. Czemu w ogóle oddawać dziecko z powrotem do domu? Czy nie byłoby jeszcze lepiej, gdyby w ogóle zostało w szkole na noc? A czemu od szóstego roku, a nie od trzeciego? Jeśli sześć jest lepsze niż siedem, to czy trzy nie jest lepsze niż sześć?
Skoro dzieci w domu tracą czas i nie rozwijają się tam, to po co w ogóle ten dom? Pytam całkiem serio. I kilka innych pytań mi się tu nasuwa. Jeśli rodzice zapisują na zajęcia to jest źle, a jeśli nie zapisują to też jest źle? Szkoła jest lepsza od każdej z tych opcji?
Inna rzecz – co takiego niezwykłego i kształcącego osobowość dzieje się między dziećmi w szkole w psychologiczno społecznym wymiarze, co nie może równie dobrze dziać się między nimi na podwórku gdy się bawią jak chcą? Albo właśnie w tym nieszczęsnym przedszkolu którego nie ma i nie będzie?.
Argument o kontakcie z rówieśnikami jest ważny i wart by mu bliżej się przyjrzeć. Tym bardziej, że generalnie nie sposób nie przyznać, że pewni rodzice bywają nadopiekuńczy i rzutują swe szkolne fobie na dziecko. Kiedy te fobie powstały? No w szkole od siódmego roku zaczętej. Pewnie jakby była zaczęta rok wcześniej, to by ich wcale nie było.
Czy szkoła jest dobrym miejscem do nauki relacji grupowych? Przebywając w szkole dziecko ma relację rówieśniczą z grupą głównie w czasie przerw. Jeśli ma sześć lekcji, to w sytuacji pięciu przerw po 10 minut ma tę relację przez pięćdziesiąt minut dziennie. Niecała godzina i w dodatku tak ponoć zbawienny rozwojowo proces odklejania od rodzinnej symbiozy jest ustawicznie przerywany dzwonkiem. Jeśli relacja z grupą jest rozwojowo lepsza od siedzenia w domu (rzecz prawie bezdyskusyjna), to czy dziecko mogąc bawić się z tą samą grupą przez sześć godzin na podwórku nie uzyska lepszych społecznych kompetencji niż to samo dziecko które ma na taki trening jedynie niecałą godzinę? Przecież w przedszkolu dziecko też jest od rodziców oderwane. Na czym w takim razie ma ta przewaga szkoły właściwie polegać?
A co dzieje się w czasie lekcji? Czy wówczas nie ma relacji z grupą? No jest, ale troszkę inaczej. W zasadzie dziecko w czasie lekcji też ma relację z grupą, ale wówczas jest to relacja szczególna. Trójkątna. Jest ono, jest grupa i jest nauczyciel. Przedstawiciel władzy instytucjonalnej. Relacja z instytucją to jedyny czynnik, który różni psychologicznie to co dzieje się w szkole od tego, co może się zdarzyć na podwórku lub w przedszkolu. Czy o niego tu chodzi? Czy jest rozwojowo korzystny?
Różnica między przedszkolem i szkołą polega na konieczności utrzymania koncentracji. Od dziecka wymaga się, by powstrzymało aktywność motoryczną i zamieniło ją na intelektualną pozostając nieruchomo. W szkole czas jest ściśle ustrukturowany. Dzielony między lekcje i przerwy. W przedszkolu także są stałe elementy dnia, ale jednopunktowa koncentracja nie jest wymagana, lub wymagana jest z rzadka i przez krótki czas. W szkole sama aranżacja przestrzeni klasowej wymusza zupełnie inne formy zachowań. Dzieci nie mają swobodnej interakcji między sobą której tak domaga się dla nich doktor Piotrowska, jeżeli siedzą przodem wszystkie w jedną stronę i nakazuje im się skupienie na nauczycielu, a zakazuje kontaktu. Chcesz podejść do Basi i pokazać jej jak robisz fikołka. Ale nie możesz. Myślisz o Basi, ale patrzysz na panią i udajesz, że uważnie słuchasz. Oto prawdziwy trening społecznych umiejętności!
Przede wszystkim nieruchomość. Nie chodzić po klasie. Nie wstawać. Nie rozmawiać. Nie biegać. Nie brać z półki bez pozwolenia. Nie wychodzić. Nie gapić się w okno. Skup się. Słuchaj co pani mówi.
Dla jednego dziecka w wieku lat sześciu będzie to łatwiejsze, dla drugiego trudniejsze. Przede wszystkim są tu duże różnice międzypłciowe. Dziewczynki w wieku sześciu lat dużo łatwiej przystosowują się do powstrzymywania aktywności motorycznej niż chłopcy. Z wiekiem ta różnica się zmniejsza, jednak wielu sześcioletnich chłopców będzie spostrzeganych jako nadpobudliwi po prostu z tego powodu, że nie przystosują się do nieruchomej pozycji tak łatwo jak większość ich klasowych koleżanek. Niektórzy – ci co w indiańskiej wiosce byliby liderami grupy i wróżono by im najlepszą przyszłość - mogą po prostu otrzymać Ritalin. Dziecko najlepiej rozwija się psychicznie w czasie nieustrukturowanym.
Kiedy zaczynamy mówić o relacji osoby z instytucją, psycholog łatwo może narazić się na zarzut uwikłania w ideologię. Dyskusję o sześciolatkach także próbuje się przedstawić w politycznym wymiarze. Rodziców z Ratujmy Maluchy opisuje się jako członków uprzywilejowanej części społeczeństwa, których jedyną motywacją jest niedopuszczenie, by ich dzieci zbyt wcześnie zmieszały się z plebsem. W tym samym duchu wcześniejsze wysłanie dzieci do szkół przedstawiane jest jako wyrównywanie szans. Ci, którzy nie dostaną wystarczającego kapitału kulturowego w domu, mają go dostać w szkole i dzięki temu szanse dzieci z różnych grup społecznych będą wyrównane. Ten dodatkowy rok w szkole to sprawi.
Kiedy pojawia się w dyskusji taki wątek nie sposób pominąć wypowiedzi profesora psychologii Petera Graya z wywiadu w Uważam Rze.
Nie jestem pewien, czy pan profesor zdaje sobie sprawę z tego, że jego słowa w Polsce mają szczególny polityczny kontekst i nie bez powodu właśnie w tej gazecie są publikowane. Jasna rzecz, że to jest kamyczek do dyskusji o „prawie rodziców do decydowania o tym czego będą uczyć się ich dzieci”. A nie, żeby decydował „urzędnik opłacany z moich podatków które złodziejskie socjalistyczne państwo..” i tak dalej.
W oddali i mgle majaczy spór o uczenie teorii ewolucji i inne elementy amerykańskiego folkloru które wielu chciałoby przenieść i tutaj. Może nie od razu w kontekście ewolucji, ale wychowania seksualnego to na pewno.
Czy to jednak wystarczy by słowa Graya całkiem odrzucić? On pisze, że szkoła to więzienie. Co o tym sądzi zbiorowa świadomość? Wpisuję w google „szkoła to w..” i fraza „szkoła to więzienie” wyskakuje natychmiast i to wcale nie jako tytuł tego akurat artykułu. Jest mnóstwo tekstów które ją zawierają. Czemu robot Google nie podpowiada zamiast tego „szkoła to w..spaniały wynalazek” albo „szkoła to w.. yjątkowe szczęście” lub „szkoła to w…ybawienie”? Albo wyzwolenie? Albo wyróżnienie? Albo w… yjątkowo dobra metoda by się ucywilizować? Nie. Jednak więzienie, twierdzą google.
Zanim zdążę wpisać literkę „w” podpowiadają mi jeszcze, że szkoła to zło. Gray mówi to, co myśli wielu. Spróbuję jeszcze eksperymentu z opinią pani doktor Piotrowskiej. Szkoła to poligon doświadczalny? Wpisuję w Google „szkoła to p..” i wychodzi, że piekło. Pani doktor wspominała jeszcze o kuźni charakteru. No to wpisuję „szkoła to k..” i nic. Próbuję „szkoła to ku…” i o dziwo google dalej milczą. Choć w świetle poprzednich podpowiedzi to może i lepiej.
W dalszej części wywiadu (niestety płatnej pod podawanym tu linkiem) Gray przypomina o ważnym fakcie z historii oświaty. Pierwszym systemem oświaty powszechnej był system pruski. Jego celem wcale nie była likwidacja analfabetyzmu ani uczenie dzieci czegokolwiek. Uczył, ale podstawowym i najważniejszym celem było przyzwyczajenie dzieci od małego do kontaktu z instytucją. Wdrożenie do sformalizowanej pruskiej dyscypliny. Obywatel miał umieć czytać ale nie po to, by czytał i pisał co zechce. Miał umieć czytać, by się kontaktować z państwem i jego urzędnikami. Miał spędzać czas w szkole, by dowiadywać się, że jest obywatelem państwa i że jest temu państwu poddany. Miał to czuć w postaci szkolnej dyscypliny i miał nie mieć zbyt wiele czasu na potencjalnie niebezpieczne dla państwa głupoty. Dzieci policzone, z nadanym numerkiem, przypisane do rejonu i z założoną teczką. Ścieżka ta sama dla wszystkich i od małego jasno określone miejsce w systemie, zatwierdzone dokumentem do trzymania w domu. Kopia w magistracie.
A jak jest dziś? Rodzicom z Ratujmy Maluchy dostaje się za elitaryzm. Nie chcą przyłożyć się do wyrównania szans które podobno ma zagwarantować szkoła. Większość tego rodzaju argumentów w istocie jest nie tyle argumentem co inwektywą. W dodatku kulą w płot, bo kogo jak kogo, ale celebrytów na pewno stać na takie szkoły, by się mogli głupimi pomysłami przyśpieszania przyrody nie przejmować wcale a wcale. Jak się uprą, to założą sami takie placówki, że dziecko nawet się nie połapie że już nie jest w przedszkolu a w papierach będzie wszystko w porządku. Gorzej z ludźmi których na płacenie za szkołę nie stać i którzy muszą posłać dziecko tam, gdzie mieszkają.
Na czym to wyrównanie szans by miało polegać? Czy na tym, że wszystkie dzieci pójdą do tej samej klasy niezależnie od tego kim są ich rodzice i „im wcześniej tym lepiej” otrzymają ten sam rozwojowy zastrzyk? Teoria być może sensowna. Problem w tym, że praktyka jest dokładnie odwrotna. Do szkoły chodziliśmy wszyscy, ale być może słabo to pamiętamy. Przyda się powtórka. Macie Państwo dzieci? Zwracam się do tych którzy mają. Pozostali mogą uwierzyć na słowo w to co napiszę lub dopytać dzieciatych znajomych.
Co decyduje o sukcesie dziecka w szkole? Zdolności? Praca? Zaangażowanie? Dobry nauczyciel?
To wszystko prawda. Niestety jednak bardzo ważnym czynnikiem który decyduje o sukcesie dziecka w szkole jest dom. Nie wiem czy nie najważniejszym. Nie chce mi się tutaj przywoływać masy badań pokazujących smutne zjawisko dziedziczności wykształcenia. Dość powołać się na znane każdemu rodzicowi fakty.
Jeśli twoje dziecko chodzi do szkoły, to połowa pracy szkolnej odbywa się w domu. Dzieciak dostaje zadania do wykonania. W których trzeba mu pomóc. Posiedzieć z nim nad tym. Codziennie. Musi mieć spakowane książki. Z początku ktoś tego musi pilnować. Musi mieć odpowiednie kredki, cyrkle, linijki, gumki, ćwiczenia w aktualnej wersji, strój na WF, zrobioną w domu wycinankę na plastykę, przygotowaną prezentację.. O tym wszystkim ktoś w domu musi prócz niego pamiętać, pilnować tego i to przeżywać. Dziecko nie pragnie mieć tego zrobionego ot tak samo z siebie. Reaguje w tej kwestii na poziom zaangażowania rodziców. Jego szkolna przytomność – posiadanie na czas odrobionych lekcji i wypełnionych ćwiczeń, jego przygotowanie do klasówek, pamiętanie o szkolnych zmianach planu, podsumowaniach, wycieczkach, składkach, wyjściach, zarządzeniach, prezentacjach, akademiach – wszystko to jest potężnym przedsięwzięciem organizacyjnym które w olbrzymiej mierze zależy właśnie od domu.
Dziecko, które otrzymuje w szkole zadanie do zrobienia po lekcjach zapomina o tym bardzo szybko. To rodzice lub opiekunowie pilnują tego wszystkiego. Doglądają, sprawdzają zeszyty, dzwonią do nauczycieli, każą dzwonić do kolegi i wywiedzieć się co było i wykonują masę organizacyjnej pracy. Lub nie wykonują. Jeśli dzieciak jest naprawdę zaniedbany, to przy współczesnych realiach polskiej szkoły jego zaniedbanie bardzo szybko skutkuje lawiną szkolnych nieprzygotowań. A te restrykcjami ze strony instytucji, nasilaniem się strategii unikowej, jeszcze większymi zaległościami i w efekcie mamy przekonanie dziecka, że jest niezdolne i nie nadaje się do takich spraw jak wiedza.
Nieprzygotowany przez weekend wiatraczek bo dziecko zapomniało a rodzicom nie przyszło do głowy zapytać jest dla drugoklasisty w poniedziałkowy poranek nieprzyjemnym, czasem wstydliwym doświadczeniem. Jeśli to kończy się dwóją a ta wściekłością lub obojętnością rodziców, to takie doświadczenie pamiętane jest bardzo długo. W szczególności rzutuje na przyszłą samoocenę. Dlaczego? Bo dziecko nie ma takiej perspektywy by być krytyczne w stosunku do sytuacji jaką ma we własnym domu. Jeśli na skutek zaniedbań rodzicielskich i braku warunków do nauki ponosi w szkole porażki, przypisuje je sobie, nie domowi.
Miałem okazję pracować z wieloma bardzo inteligentnymi osobami które przez całe lata żywiły przekonanie o własnej niskiej inteligencji i małych zdolnościach. Powstało w nich ono właśnie w taki sposób. Dom który nie stwarzał żadnych warunków do szkolnych sukcesów i szkoła która egzekwowała wymagania możliwe do spełnienia jedynie pod warunkiem dobrej współpracy domu. W efekcie ciągłe porażki i pamięć o własnej osobie jako o kimś kto ustawicznie te porażki ponosi kiedy innym nie wiedzieć czemu się jakoś udaje. Mają tę nieszczęsną plastelinę na czas, mają odrobione lekcje, pojechali na klasową wycieczkę, ich rodziców stać było na korepetycje i jakoś łapią tę matematykę.. Dziecko nie widzi tego co jest na zapleczu. Widzi tylko tyle ile widzi nauczyciel. On ma piątkę, ja mam dwóję. Czyli jestem głupi.
Jeśli ktokolwiek naprawdę chciałby wyrównywać szanse dzieci z różnych domów, przede wszystkim zacząłby od takiego zorganizowania szkolnego procesu uczenia, by sukcesy dziecka maksymalnie od jego domu uniezależnić. Kilka prostych manewrów mogłoby się znacząco do tego przyczynić. Po pierwsze likwidacja prac domowych. Jeśli naprawdę potrzebna jest dłuższa praca, powinna odbywać się w szkole. Po drugie sprzęt szkolny powinien być wystandaryzowany i wręczany każdemu dziecku identyczny z chwilą przekroczenia bramy. Plastelina, kredki, farby, cyrkiel, linijka, długopis, książki, zeszyty – to wszystko powinno być identyczne i opłacone z podatków tak jak sama szkoła. Niezależnie od tego co masz w domu, jak wchodzisz do szkoły wszyscy mają to samo. Wtedy można by dyskutować o wyrównywaniu szans (gdybyśmy zakładali, że takie wyrównywanie jest dobre bo przecież są i tacy co się z tym nie zgodzą) i taka rozmowa miałaby jakiś sens.
Tymczasem dzieje się dokładnie odwrotnie. Czy ktoś naprawdę szczerze wierzy w to, że pomiędzy sukcesami sześciolatków zaniedbanych i tych zadbanych nie będzie żadnej różnicy? Będzie i to olbrzymia. Im wcześniej dziecko z tą różnicą się zetknie tym gorzej.
Pierwszym szokiem z którym dziecko w szkole się styka jest porównanie z innymi dziećmi. Ocena. Tak kształtuje się w naszych umysłach idea społecznej hierarchii opartej na kryterium zewnętrznym. On ma lepsze oceny niż ja. Oni mają lepsze oceny niż my. A oni gorsze. A on ma najgorsze w klasie. A ona najlepsze. I jest w samorządzie. Nauczyciel wychodzi przed klasę i zadaje pytanie. Kto wie – ręka do góry. Czyli jedni wiedzą a drudzy nie wiedzą. Ci którzy wiedzą lepsi są od niewiedzących. Górują nad nimi w oczach pani. Tak jest w naszym kręgu kulturowym.
Podobno w Chinach takie zachowanie nauczyciela mogłoby być uznane za skandaliczne. Zachęcać dzieci, by wynosiły się nad grupę? Co to w ogóle za pomysł? Jak wiesz wcześniej niż inni, to poczekaj aż wszyscy inni też będą wiedzieli i dopiero się odzywaj. Chcesz być mądrzejszy niż reszta? Może mądrzejszy niż nauczyciel..?
Rywalizacja jest naszą oficjalną ideologią. Oddychamy tym. Na szkolnych zebraniach nauczyciel molendzi o wielu rzeczach ale tak naprawdę przychodzi się po kartkę ze stopniami. Co na świadectwie? Kto będzie miał z paskiem? To nie ma nic wspólnego z wyrównywaniem szans i przestańmy udawać.
Teoretycy proponujący rozpoczęcie edukacji wcześniej wskazują na to, że w krajach gdzie dzieci wcześniej zaczęły się uczyć kilkulatki mają więcej wiedzy szkolnej i lepiej wypadają w testach niż dzieci z krajów w których z rozpoczęciem edukacji szkolnej dłużej się czeka.
To prawda. Taki wynik jest oczywisty i trudno spodziewać się innego. O czym to świadczy? No przede wszystkim o tym, że różnice wyników między uczniami mają dla urzędników olbrzymie znaczenie. Bo tak uzasadnia się otrzymywanie środków. Nasi uczniowie rosną w rankingach. Zostawiliśmy w tyle Szwajcarów. Wydane pieniądze nie są zmarnowane.
Pytanie jednak – co z tego? Czy chodzi nam o to, żeby polskie dziesięciolatki wypadały lepiej w testach międzynarodowych, czy może chodzi nam o to, żeby w testach międzynarodowych lepiej wypadali dorośli? Do czego te genialne dziesięciolatki mają nam służyć? Jak długo ta różnica się utrzyma? Jak będzie trwała?
Wizja dziecka, które bardzo wcześnie rozwija pewne umiejętności urzeka wielu dorosłych. Jesteśmy dumni z tego, że zdołało nauczyć się czytać w wieku czterech albo pięciu lat. Albo, że liczy w wieku lat sześciu. W wieku siedmiu mnoży, dzieli, przyswaja trygonometrię.. Super. Warto sobie jednak uświadomić ważną sprawę. To są fenomeny rozwojowe, które wcale nie muszą świadczyć o odkryciu przyszłego noblisty. Wczesne pojawienie się jakiejś możliwości po pierwsze nie musi oznaczać, że jest ona rozwojowo konieczna, nie znaczy, że jest potrzebna i nie musi oznaczać, że przyśpieszony dziś rozwój zdolności nadal będzie przyśpieszony i że nadal to będzie przebiegać liniowo. Pewne szybko rozwinięte możliwości mogą później zatrzymać się lub nawet cofnąć.
To, że da się nauczyć czterolatka czytać i pisać nie znaczy wcale, że mu to na tym etapie przydatne. Można umieć czytać, ale nie rozumieć sensu tego co się czyta. Dzieci które mają tendencję by nauczyć się czytać bardzo wcześnie zrobią to w szkole lub bez szkoły i niektóre nawet raz zapomną zanim do niej pójdą.
Nie należy przyśpieszać rozwoju dziecka. Ani motorycznego, ani intelektualnego. Jeśli twoje dziecko jeszcze nie siada, to go nie sadzaj. Samo usiądzie, kiedy jego mięśnie i kości przystosują się do tego. Jeśli nie chodzi, nie stawiaj go na nogi. Nie ucz. Samo się nauczy kiedy przyjdzie jego czas na to. Nie poprawiaj dziecku gramatyki. Będzie mówić tak jak mówi jego otoczenie. Także tak jak ty sam mówisz kiedy się nie kontrolujesz. Jeżeli popełnia jakiś drażniący błąd, zamiast mówić mu „nie mówi się przyszłem tylko przyszedłem” używaj przy nim prawidłowej formy nieco częściej. Nauczy się w naturalny sposób. Nie ucz dziecka chodzić. Nie kupuj chodzików. Owszem, można wyuczyć dziecko nieco wcześniej chodzenia i siadania ale nie ma to żadnego sensu. Przed dziadkami pochwalisz się przez piętnaście minut, a kręgosłup i stawy odkształcasz na lata.
To samo z inteligencją. Mówienie, że „szkoła rozwija inteligencję dziecka” nie ma sensu. Inteligencji nie można rozwinąć, bo jest wrodzona. Można ją najwyżej zaprząc do zadania które bardziej kulturowo cenimy niż inne. Tak czy siak inteligencja będzie jaka ma być bo z tym się rodzimy i koniec.
Pilnować, żeby jadło też nie musisz. Dziecko jest istotą biologiczną. Jako takie posiada potrzebę spożywania pokarmów. Chodzenie za dzieciakiem i namawianie do jedzenia jest patologią dorosłych. Jeśli tylko nie przyswaja zbyt wiele cukru, jego apetyt będzie taki jaki jest potrzebny i nic nie trzeba tu robić. Podobnie z treningiem czystości. Niektórzy chcą nauczyć tego dzieciaka jak najprędzej. Oczywiście, że się da. Problem w tym, że to nie jest dla dziecka dobre. Jeśli uczysz powstrzymywać wydalanie przed czasem, wdrukowujesz lęk przed utratą kontroli i związaną z tym kompromitacją. Który w dorosłym życiu może sporo radości życia i spontaniczności odebrać.
Rozwoju intelektu dotyczy to samo. Można stworzyć przestrzeń, ale nie bardzo da się tym zarządzać. Kiedy dzieciak jest mały, jego intelektualny horyzont wyznacza dom. W miarę upływu lat wpływ domu słabnie a zaczyna dominować wpływ genów. Inteligencja jest wrodzona. Jest to zresztą jedna z ciekawszych cech człowieka, bo nietypowo zachowuje się w miarę rozwoju. Większość cech działa tak, że w miarę lat wpływ genów maleje a otoczenia rośnie. Z inteligencją jest na odwrót. Im człowiek starszy, tym bardziej nieubłaganie to co wrodzone zaczyna przeważać. Dlatego nawet jeśli mocą rodzicielskiej determinacji wyprodukujesz doktoranta, naprawdę fajnego doktoratu rodzicielską determinacją nie zagwarantujesz a kariery naukowej to już na pewno nie.
Tak jak nie powstrzymasz człowieka naprawdę inteligentnego przed gromadzeniem wiedzy nawet jeśli środowisko rozwojowe będzie w tę wiedzę ubogie.
A jak w ogóle trwała jest szkolna wiedza uzyskiwana w oficjalnym edukacyjnym systemie? O tym teoretycy milczą i trudno się dziwić, bo rzecz to na tyle wstydliwa, że zwykle kwitujemy to tylko uśmiechem.
Czy istnieje jakakolwiek korelacja między ilością lat obowiązkowej edukacji w jakimś kraju, albo wiekiem rozpoczęcia nauki szkolnej a realną wiedzą u dorosłych którzy przechodzą przez ten system? Nie ma żadnej. Niezależnie, czy ludzie idą do szkoły w wieku lat pięciu, sześciu czy siedmiu czy ośmiu w rok po maturze zostaje tyle samo. I nie są to moje wymysły. Tak wynika z testów.
Wielu dziś narzeka, że Polacy z kretesem oblali test mądrości narodów. Najlepiej Amerykanie zdaje się wypadają, co zaskakuje przekonanych, że jesteśmy może biedni ale za to mądrzy i w tym godność nasza. Okazuje się, że w żadną stronę. Ani bogaci, ani mądrzy. Wciąż jednak jesteśmy w większości szczuplejsi i tym ewentualnie można się pocieszać. Stereotyp o głupkowatych Amerykanach leży i kwiczy. Zdystansowali nas i Europę bez żadnego kłopotu.
Oto wykres porównujący wiedzę dorosłych osób w poszczególnych państwach Europy i w USA
logo
Polska to jest ta na pomarańczowo. Cały tekst opracowania badania jest tutaj w Pdf po angielsku z wykresami i tabliczkami oraz krótką dyskusją wyników.
Co ten ogólnokrajowy test mierzył? Ogólną wiedzę na temat nauki u niespecjalistów. U dorosłych którzy szkołę już dawno skończyli. Czy rozgrzane powietrze wznosi się czy opada, ilu znasz sławnych naukowców i czy możesz wymienić ich nazwiska, czy antybiotyki leczą wirusy, ile jest kontynentów, co krąży w Układzie Słonecznym wokół czego.. Tego rodzaju pytania zadawane reprezentatywnej próbce dorosłych w każdym kraju.
No i wypadamy kiepsko. Zresztą nie tylko my. Nawet w najlepszym kraju dwadzieścia parę procent dorosłych osób nie jest w stanie wymienić z pamięci nazwiska żadnego sławnego naukowca. Nie mamy wiedzy którą większość czytelników mogłaby uznać za zupełnie podstawową. Są tacy którzy będą w tym nieco lepsi od nas, ale generalnie w całej Europie i w USA jest jakiś problem z tą najprostszą wiedzą. Mimo gigantycznych nakładów na edukację, mimo wielu lat spędzanych w szkole codziennie przez wiele godzin, setek tysięcy ton papieru na podręczniki, wznoszenia monumentalnych budynków, powoływania olbrzymich ministerstw, mimo badań, teorii i programów i mimo całego aparatu przemocy i wznoszenia wielkiego złotego cielca „sprawy edukowania narodu” na wyjściu mamy na przykład coś takiego:

Tego rodzaju filmiki są zwykle obracane w żart, a ministerstwa edukacji udają, że ich nie zauważyły. Podobnie jak filmów pokazujących osoby już całkiem dorosłe. Na przykład takich:

Jak widać pytani posłowie odpowiadają bardzo trzeźwo. Maturę i pracę magisterską miałem dawno, więc nie wiem. Dokładnie tak jest.
A ja mam ochotę zadać pytanie jakie zada w tym momencie każde małe dziecko. Skoro wszyscy zgadzamy się co do tego, że ta wiedza nie przetrwa nawet pięciu lat i skoro pan to wie panie pośle i wie pan, że i my to wiemy i my wiemy, że pan wie, że wiemy to czemu lekką ręką podpisuje pan budżet finansujący jej wieloletnie powtarzanie?
Przetrzymaliśmy dzieci w szkole przez 12 lat obowiązkowo, a po upływie pięciu lat dorośli umieją czytać, pisać, rachować na prostym poziomie i obsługiwać Google. A wiedzę o nauce mają z tego co przeczytają z własnej woli i co ich obchodzi. I tylko tyle. Lub aż tyle, bo niektórych sporo obchodzi i mają całkiem sporą wiedzę niezależnie od tego czego uczono ich w szkole.
I nie jestem tu gołosłowny. Mamy testy. Choćby ten wspomniany wyżej międzynarodowy test dorosłych BBVA. W porównaniu z zawartością szkolnych programów wyniki tych testów wypadają zaskakująco słabo. Tak jakby z całej tej szkolnej wiedzy kompletnie nic nie zostawało. Dla wielu osób mógłby to być argument za rozpoczynaniem edukacji jeszcze wcześniej. To ci co wierzą, że ludzie nie się uczą a są nauczani. Gdyby jednak założyć, że nie są nauczani a się uczą?
Nie ma proszę państwa czegoś takiego jak brak wiedzy. Jest co najwyżej pewna selekcja wiedzy. Wiemy to co nas obchodzi. Jeśli coś nas nie obchodzi, to tego wiedzieć nie będziemy i nie ma na to żadnego sposobu. Narzekanie na system edukacji nic tu sensownego nie wnosi.
Ile wiedzy w ogóle człowiek jest w stanie przyswoić i utrzymać? Ile można mu wmusić gdy on sam tego nie chce? Dzieciaki które nie potrafią zapamiętać najprostszego matematycznego wzoru przez lata jednocześnie bez kłopotu zapamiętują kody do gier które są o wiele dłuższe niż ten wzór. Nie wiedzą który król którego pod jaką wsią pokonał i w którym roku. Nie wiedzą co dzięki temu w światowym rankingu królów jeden stracił a drugi uzyskał. Jeśli zmusimy ich do przyswojenia tej wiedzy przetrwa ona co najwyżej do matury, po czym ulotni się nieodwołalnie. Jednocześnie jednak wielu z nich doskonale pamięta który klub piłkarski z którym w którym roku wygrał iloma bramkami. Kto strzelił, z czyjego podania, kto stał na bramce i jak to skutkowało w rankingu. Tu król i bitwa, tam drużyna i gole. Czemu jedno daje się zapamiętać a drugie nie? A gdybyśmy uczyli w szkole o Mundialu? Czy wówczas wiedzę o królach dzieci zdobywałyby same?
Wątpliwe. Czemu zatem jedna wiedza, na której przekazanie nie wydaliśmy ani grosza pozostaje do końca życia, a druga znika choć wychodzimy ze skóry by w dziecku przetrwała?
Dziecko zdobywa wiedzę podobnie jak człowiek dorosły. Tę i tylko tę, która ma wartość emocjonalną. Jeśli pamiętamy rok rozbioru Polski to nie dlatego, że nas tego wyuczano rok dłużej lub wcześniej zaczęto tylko dlatego, że nas to porusza. Że ta wiedza ma w nas jakiś swój psychologiczny kontekst. Pamiętamy mózgiem to, co przeżywamy sercem. Znaczy coś dla nas.
Są ludzie, którzy nie mają pojęcia kiedy się urodził dokładnie ktokolwiek z ich znajomych i bliskich, tymczasem daty i miejsca historyczne pamiętają super dokładnie. Te które ich obchodzą. Ja nie pamiętam jak ma na imię chłopak kuzynki choć mi to mówiono tysiąc razy, za to imiona patriarchów zen zapamiętałem raz w wieku lat szesnastu i chyba nigdy ich nie zapomnę choć są w języku do niczego nie podobnym. Bo w odróżnieniu od owego chłopaka oni mnie cokolwiek obchodzili.
Tymczasem jest masa ludzi zdolnych wyrecytować daty urodzin i imienin każdego najdalszego pociotka, imiona wszystkich dzieci w rodzinie i ile ważyły gdy się rodziły a nie znają jakiejkolwiek historycznej daty. Gdzie skarb twój, tam i serce twoje.
Widać to dobrze choćby na tym filmie
http://www.joemonster.org/filmy/4870/Francuzi_m%E2%80%A6
który umieszczam by pocieszyć przekonanych, że tylko w Polsce mamy takie problemy.
Widać to też w całym cyklu z youtube pt. Matura to bzdura który pewnie wszyscy widzieli jakby kto nie widział to warto przejrzeć. Ludzie nie przyswajają wiedzy na stałe ponieważ po prostu tego nie chcą. Jeśli nie widzimy związku tego z własnym życiem, nie chcemy tej wiedzy mieć to nikt nas na siłę kluskami nie nakarmi. A żołądek i mózg mają ograniczoną pojemność.
Dla nas to skandal nie rozpoznać Einsteina na zdjęciu bo on coś dla nas ważnego emocjonalnie symbolizuje. Dla kogoś innego skandalem jest nie pamiętać o urodzinach dzieci.
Żeby zrozumieć w czym rzecz, warto przejrzeć ten artykuł
Czy ktoś naprawdę na serio próbuje nam wmówić, że to co tam opisują zmieni się jeśli dzieci pójdą do szkoły rok wcześniej?
O tym ile wiedzą małolaty i ile zostaje tej wiedzy dorosłym nie decyduje ilość lat formalnej edukacji. Decyduje o tym dominujący dyskurs kulturowy. W szkole nie uczysz się w którym roku był rozbiór Polski. To znaczy egzaminują nas z tego, ale w rok po maturze prawie nikt tego nie wie. Bo w szkole nie tego się uczysz. Uczysz się, że nie wiedzieć kiedy był rozbiór Polski to obciach i dzięki temu rozumiesz czemu spytany o to poseł sobie tego obciachu narobił. I możesz cieszyć się, że nie spytano ciebie tylko jego. Bo też nie wiesz. Nikt nie wie, bo tego wszystkiego nie da się spamiętać. Ale się nie przyznajemy. Wdrożono nas do tego, byśmy w znajomości tej daty upatrywali głębszego znaczenia.
Dlatego odpytujemy o to posła, a jego oczywista do przewidzenia niewiedza w zestawieniu z jakimś prostodusznym dziadkiem spod budki z piwem, który by to akurat wiedział będzie hitem internetu. Tym właśnie jest obowiązujący dyskurs kulturowy.
Współczesny problem polega na tym, że dyskurs kulturowy jest niespójny. Inny u urzędników układających programy, inny u rodziców i inny u młodzieży. W efekcie każda ze stron skonfrontowana z tym co ma w głowie inna strona przeżywa to tak jakby właśnie spotkała kosmitów.
Studenci profesora Hartmana na których on tutaj narzeka nie są wcale głupcami, choć ma on sto procent racji kiedy pisze o doświadczeniu konfrontacji z przepaścią ich niewiedzy. Problem w tym, że oni mają wiedzę tylko nie taką. Mają mnóstwo wiedzy której on nie ma, ale jest to wiedza innego dyskursu. Tak jak mieszkaniec południowoamerykańskiej dżungli ma tyle samo (ilościowo) wiedzy ale zupełnie innej niż mieszkaniec miasta.
To inne plemiona. I to akurat nie zmieni się niezależnie jak wcześnie rozpocznie się edukację formalną dla dzieci. Dyskursu kulturowego nie da się zarządzić ustawą.
Ale o tym już w kolejnych tekstach.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?