Sztokholm stoki narciarstwa zjazdowego ma 600 kilometrów za miastem. Pekin ma anonimowy ośrodek narciarski (a właściwie plany jego stworzenia) oraz brzemię niedawanych igrzysk w Chinach i dwóch poprzedzających ZIO 2022 igrzysk na Dalekim Wschodzie. Oslo ma problemy z uzyskaniem poparcia rządu. Ałmaty nie mają marki, a mają za to prezydenta, który rządzi tam od lat 80-tych, konstytucję w razie potrzeby zmienia w kilkanaście minut i pieniędzmi za ropę, szerokim uśmiechem i mnóstwem inwestycji próbuje uświatowić Kazachstan. Lwów nie ma ani marki, ani obiektów, ani takich środków jak Kazachowie. I w końcu Kraków ma Słowaków u których planuje przeprowadzić konkurencje narciarstwa alpejskiego. Wyścig o prawo do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022 zapowiada się fascynująco.
„W przypadku Zimowych Igrzysk Olimpijskich, kiedy z powodów geograficznych lub topograficznych niemożliwe jest zorganizowanie określonych konkurencji lub dyscyplin sportowych w kraju miasta gospodarza, MKOI może, w wyjątkowych sytuacjach, wydać zgodę na ich przeprowadzenie w sąsiednim kraju.”
Ale to jest jednak coś dziwnego. W Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim spostrzegą z pewnością, że wobec wymagania stoku narciarskiego o przewyższeniu 800 metrów liczba państw zdolnych do organizacji ZIO spada istotnie (stąd z resztą ten paragraf), ale czy członkowie MKOlu dojrzeli już do tego? A nawet jeśli jest to akceptowalne, to czy w sytuacji ostatecznego wyboru między dwiema opcjami w głowie takiego członka MKOlu nie pojawi głos mówiący: lepiej po normalnemu? Niewykluczone.
