Sztokholm stoki narciarstwa zjazdowego ma 600 kilometrów za miastem. Pekin ma anonimowy ośrodek narciarski (a właściwie plany jego stworzenia) oraz brzemię niedawanych igrzysk w Chinach i dwóch poprzedzających ZIO 2022 igrzysk na Dalekim Wschodzie. Oslo ma problemy z uzyskaniem poparcia rządu. Ałmaty nie mają marki, a mają za to prezydenta, który rządzi tam od lat 80-tych, konstytucję w razie potrzeby zmienia w kilkanaście minut i pieniędzmi za ropę, szerokim uśmiechem i mnóstwem inwestycji próbuje uświatowić Kazachstan. Lwów nie ma ani marki, ani obiektów, ani takich środków jak Kazachowie. I w końcu Kraków ma Słowaków u których planuje przeprowadzić konkurencje narciarstwa alpejskiego. Wyścig o prawo do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022 zapowiada się fascynująco.

REKLAMA
Fascynacja ta w Polsce opiera się w sporej mierze o aplikację Krakowa. Czyli drugiego największego, a zarazem bodaj najbardziej renomowanego, miasta kraju będącego liderem gospodarczym swojego regionu sprawnie wchodzącym na europejskie salony z postsowieckiego przedsionka. A także wdrapującym się do grona państw na arenie sportów zimowych powszechnie szanowanych. Wykorzystującego nie rozdziewiczone wciąż przez ruch olimpijski Karpaty. I z poparciem społecznym, opartym na sondażowym badaniu telefonicznym, rzędu 66% w mieście i 80% w kraju.
Ładna laurka? Nie jestem w stanie z pełną odpowiedzialnością tego stwierdzić, ale czyż nie tak wygląda obraz Krakowa za granicą? Oczywiście, o innych miastach też można napisać niemało dobrego, co zostanie udowodnione przez przedstawicieli tychże kandydatów. A i niemało złego, co w telegraficznym skrócie przedstawiłem na samym początku. I to te oględne fakty będą częścią opinią przedstawicieli MKOlu, którzy za dwa lata wybiorą gospodarza ZIO 2022. Spośród których około 40% pochodzi z krajów niemających ze sportem zimowym wiele wspólnego. Oni będą szczególnie czuli na takie dość powierzchowne zagadnienia.
Bo oczywiście niezmiernie ważne są kwestie techniczne. To komisja oceniająca tę stronę kandydatury będzie pierwszym sitem. To ci ludzi powiedzą kto ma możliwości do organizacji ZIO, a także wystawi oceny – zapewne już nie bezpośrednio liczbowo jak to było jeszcze niedawno, lecz opisowo, tak jak to się miało przy okazji wyborów gospodarza LIO 2020. Z tym też się będą liczyli członkowie MKOlu. Choć Rio dostało igrzyska pomimo bardzo niskiej oceny komisji technicznej. Brazylijczycy wygrali prawo do LIO 2016 prezentacją i okołoolimpijską ideologią. Tak też można.
Podstawowym problemem Krakowa jest oczywiście Słowacja. Karta Olimpijska w punkcie 35., podpunkt 2. mówi:
„W przypadku Zimowych Igrzysk Olimpijskich, kiedy z powodów geograficznych lub topograficznych niemożliwe jest zorganizowanie określonych konkurencji lub dyscyplin sportowych w kraju miasta gospodarza, MKOI może, w wyjątkowych sytuacjach, wydać zgodę na ich przeprowadzenie w sąsiednim kraju.”
Ale to jest jednak coś dziwnego. W Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim spostrzegą z pewnością, że wobec wymagania stoku narciarskiego o przewyższeniu 800 metrów liczba państw zdolnych do organizacji ZIO spada istotnie (stąd z resztą ten paragraf), ale czy członkowie MKOlu dojrzeli już do tego? A nawet jeśli jest to akceptowalne, to czy w sytuacji ostatecznego wyboru między dwiema opcjami w głowie takiego członka MKOlu nie pojawi głos mówiący: lepiej po normalnemu? Niewykluczone.
Nie trzeba było długo czekać, by pojawiły się głosy, że całe to aplikowanie jest bez sensu. I świetnie, że się pojawiły – jest to stały element każdej walki o organizację igrzysk w krajach w których obywatele i prasa mogą wyrazić swoją opinię. I niedziwne, że głosy anty słychać lepiej. Strona proolimpijska z komitetem aplikacyjnym na czele nie może sobie ot tak rzucać liczbami i faktami, gdy konstrukcja krakowskiej oferty dopiero powstaje. Wyniki przeprowadzonego na życzenie komitetu aplikacyjnego sondażu są bardzo dobre. A jeśli ktoś ma wątpliwości co do wiarygodności, to niech się nie martwi. Międzynarodowy Komitet Olimpijski, choć zobowiązuje aplikantów do przeprowadzenia ich, sam także je zleca.
Szanse otrzymania igrzysk są. Istnieją. Na pewno nie napiszę, że Kraków jest faworytem, bo na tym etapie nie ma faworytów. Najpierw trzeba poczekać na książki aplikacyjne miast, gwarancje rządowe. Potem na wyrok komisji ewaluacyjnej. Na strategie promocyjne – po Soczi na hit szykują się zrównoważone finanse i poważanie dla środowiska naturalnego. A potem będzie można poważnie pomyśleć ku czemu ten wyścig dąży. Na tym etapie można co najwyżej odrzucić aplikacje kompletnie irracjonalne. A takich brak. Choć Lwowa z tymi igrzyskami nie widzę. Może w przyszłości… Z resztą i Kraków, a także Pekin jawią się jako aplikacje przygotowawcze, próby poznania wyścigu od wewnątrz i nabrania doświadczenia przed walką za 4, czy 8 lat. Ostatnie zwycięstwo w pierwszej próbie to Londyn 2012. Sochi próbowało po 12 latach przerwy. Rio, PyeongChang i Tokio to były drugie/trzecie próby z rzędu. Czyli nawet dwie dekady pracy od początku starań do dnia rozpoczęcia igrzysk.