W normalnym państwie obywatel uznaje instytucje, które go otaczają. Gdy ma z kimś spór, udaje się do sądu, a gdy zostanie okradziony, idzie na policję. I gdy przez ponad dwa lata rząd i prokuratura przekonują go, że na pokładzie tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem, nie było żadnego wybuchu, to przyjmuje to oficjalne stanowisko, bo generalnie ufa państwu.

REKLAMA
I większość z nas ufała tu państwu. I dlatego odkrycie śladów materiałów wybuchowych – jeśli to prawda – we wraku tupolewa, rodzi dzisiaj pytanie o wiarygodność polskiego państwa, a także pytanie o to, komu można wierzyć.
Bo jest sprawą niepojętą, jak to możliwe, że przez ponad dwa lata przekonywano nas, że we wraku nie odkryto żadnych, najmniejszych nawet śladów, które mogłyby potwierdzać wybuch, gdy teraz – jak czytamy w „Rzeczpospolitej” – ślady trotylu i nitrogliceryny są tak wyraźne, że na jednym z urządzeń pomiarowych zabrakło skali.
Do tej pory w sprawie katastrofy smoleńskiej dominowały dwie narracje. Jedna – rządowa – zwracała uwagę na typowe i widoczne w innych wypadkach lotniczych, przyczyny tragedii: niedostateczne wyszkolenie pilotów, fatalne warunki pogodowe, błędy ludzkie. Druga – związana z PiS-em – akcentowała nadzwyczajne, a w domyśle zbrodnicze powody katastrofy: celowo błędne naprowadzanie tupolewa przez rosyjską obsługę naziemną oraz wybuch na pokładzie samolotu. Po opublikowaniu raportu komisji Millera oraz po tylu zapewnieniach przedstawicieli polskiego rządu i prokuratury wydawało się, ta druga narracja już nigdy nie będzie traktowana jako poważna próba wyjaśnienia smoleńskiej tragedii. Ale tak było do dzisiaj.
Bo dzisiejsze rewelacje – jeśli się potwierdzą – stawiają pod znakiem zapytania dotychczasowe oficjalne ustalenia śledztwa. „Rzeczpospolita” twierdzi, że o wykryciu śladów trotylu na wraku tupolewa premier Donald Tusk wie od dwóch tygodni. Jeśli to prawda, to jego milczenie tylko pogarsza całą sprawę, gdyż sugeruje, że najnowsze ustalenia polskich śledczych rząd spostrzega bardziej w kategoriach politycznego kłopotu dla rządu niż jako wyzwanie dla polskiego państwa.
A polskie państwo – tu znowu trzeba napisać: jeśli te wiadomości się potwierdzą – tak czy owak wyjdzie z tego wszystkiego mocno poturbowane, bo znacząca część z nas przestanie widzieć w nim państwo, któremu można ufać i wierzyć.