Mija 90. rocznica wyboru Gabriela Narutowicza na pierwszego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej. Jego krótkie, bo liczące tydzień urzędowanie, które zakończył zbrodniczy zamach, wydaje się być ciągle nieodrobioną przez polska prawicę lekcją.

REKLAMA
Trudno Gabriela Narutowicza porównywać z którymkolwiek działających dzisiaj polityków. Jego uczciwość, bezinteresowność, traktowanie polityki wyłącznie w kategoriach służby, a także wola zasypywania politycznych podziałów – o czym świadczy choćby zaproponowanie stanowiska ministra spraw zagranicznych pokonanemu kontrkandydatowi Maurycemu Zamoyskiemu – to wszystko sytuuje Gabriela Narutowicza na pozycjach jakże odległych od dzisiejszych zaniżonych standardów moralno-politycznych.
Ale ówczesna atmosfera polityczna i spektakl nienawiści jaki miał miejsce w związku z wyborem Narutowicza na prezydenta łatwo odnajdują analogie z naszymi czasami, istniejącymi teraz podziałami i toczonymi sporami.
Prawica, która nie zaakceptowała wyboru Narutowicza – bo prócz głosów chłopskich na jego wybór złożyły się także głosy socjalistów i głosy, jak krzyczała endecja, „niepolskie”, bo mniejszości narodowych – podburzała ulice twierdzeniami, iż wyborem ateisty, masona, i Szwajcara sponiewierano Polskę. Przekaz prawicy dawał się sprowadzić do prostego hasła: To nie jest „nasz” prezydent. To jest prezydent „ich”, prezydent „obcy”.
Dzisiejsza prawica pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego i o. Tadeusza Rydzyka zdaje się iść tamtą drogą sprzed 90 laty – nie bacząc do jakiej tragedii to wtedy doprowadziło. Głosy o przypadkowym, „nie-naszym” prezydencie, oskarżenia o zdradę stanu wysuwane pod adresem najważniejszych osób w państwie podgrzewają atmosferę równie niebezpiecznie jak wtedy, po wyborze Narutowicza.