To szczyt bezczelności, że wysocy funkcjonariusze IV RP – b. minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, b. szef CBA Mariusz Kamiński, b. szef ABW Bogdan Święczkowski – oburzają się na sędziego Tuleję, że ten, uzasadniając wyrok na doktora G., powiedział, że stosowane przez nich metody śledcze przypominają czasy stalinowskie.

REKLAMA
Nie jest łatwo zabierać w tej sprawie głos – zwłaszcza osobie, która sama ścierała się z patologią działania służb specjalnych w IV RP. Zaraz pewno też pojawią się, intelektualnie jałowe acz ulubione, argumenty PiS-u tj. " kto krytykuje działania służb zapewne sam się czegoś boi" lub "kto jest uczciwy, nie ma się czego bać". W tak ważnej sprawie trzeba jednak dać świadectwo swojego poglądu.
Sędzia Igor Tuleya użył właściwego języka. Pamiętajmy jednak, że porównanie do czasów stalinowskich odniósł do jednej konkretnej rzeczy – nocnych wielogodzinnych przesłuchań, a takie rzeczywiście w tamtych czasach stosowano. Sędzia Tuleya nie twierdził, że całość prowadzonego śledztwa przypomina metody stalinowskie – co imputują mu jego krytycy chcąc doprowadzić jego wypowiedź do absurdu. Co nie zmienia postaci rzeczy, że istotą stalinowskich metod śledczych było wywieranie pozaprawnych form nacisku na przesłuchiwanych – a wszystko po to, by (także zgodnie z stalinowskimi regułami) do już wytypowanego oskarżonego dobrać właściwy paragraf i jakieś dowody.
A nie inaczej było w sprawie doktora G. Świadkowie przesłuchiwani w godzinach nocnych, w sposób urągający prawu, straszono ich aresztem wydobywczym i obiecywano bezkarność za złożenie zeznań obciążających lekarza. W ten sposób nękano także ludzi w podeszłym wieku, mając za nic nawet akowską przeszłość .
Niestety sprawa doktora G. nie jest czymś wyjątkowym. Przeciwnie, to patologiczny standard działania prokuratury i służb specjalnych w czasie IV RP, gdy władza starała się kreować wrogów, których następnie mogłaby ujawniać i karać.
Jednym z takich wykreowanych przeciwników miał być mityczny „układ warszawski”. W tej sprawie posłużono się całym arsenałem pozaprawnych metod – od wymuszonych szantażem pomówień, poprzez zastraszenia aż po wielomiesięczne areszty wydobywcze. Wielu osobom, czy to oskarżanym, czy to występującym „formalnie” w roli świadka bez owijania w bawełnę proponowano prosty układ: za „coś” na piszącego te słowa gwarancja wyjścia na wolność bądź braku dalszych kłopotów. Jedną z takich osób był, jak ostatnio wyszło na jaw w czasie sadowej rozprawy, Paweł Bujalski. Propozycję taką złożył mu osobiście inny ważny funkcjonariusz IV RP, ówczesny szef CBŚ Jarosław Marzec. Odbyło się to podczas nieformalnego przesłuchania, na które, niejako „bokiem”, trafił Bujalski, gdy przewożono go z aresztu do prokuratury. Samo to pokazuje, jak dalece łamano prawne standardy prowadzenia śledztwa w tamtych czasach. Jako że Paweł Bujalski odrzucił tę haniebną propozycję, przesiedział w areszcie wydobywczym aż 400 dni!
Takich przykładów można podać znacznie więcej. I mam nadzieję, że wszystkie one, prędzej czy później, zostaną ujawnione. Sędzia Tuleya o pozaprawnych metodach śledczych zastosowanych w sprawie doktora G. postanowił powiadomić prokuraturę. Nie mam wątpliwości, że jeszcze obszerniejsze doniesienie może złożyć sędzia, do którego trafiła sprawa tzw. „układu warszawskiego”. Bo tam skala nadużyć była jeszcze większa.
IV RP wydaje nam się przeszłością. Wszak Kaczyński nie jest już premierem, a Ziobro nie jest ministrem sprawiedliwości. Ale niestety ostrych słów sędziego Tulei nie można traktować jako wystąpienia odnoszącego się jedynie do historii. Bo dzisiejszej prokuraturze, służbom specjalnym i skarbowym nadal bliżej jest do reguł propagowanych w IV RP niż do standardów demokratycznego państwa prawa.
Nie można lekceważyć nawet najmniejszego naruszenia prawa przez organy powołane do jego ochrony. Żaden cel nie może sankcjonować pozaprawnych metod. Tych zasad musimy się twardo trzymać. O te zasady postanowił się teraz upomnieć sędzia Tuleya. I takich upominających się osób, które jasno potrafią nazwać zło nawet pod pozorem szlachetnych intencji, powinno być jak najwięcej. Tylko w ten sposób możemy zagwarantować, że sprawy te nie zostaną zlekceważone czy zapomniane oraz, że ani te metody, ani ludzie, którzy je stosowali, już nie wrócą.