Kilka dni temu gdy wszyscy, także ja, zbulwersowani omawiali olbrzymie premie dla prezydiów sejmu i senatu sądziłem, że marszałkowie w swojej obronie kłamią. Używali oni argumentu, że skoro zawsze tak było przez 20 lat to dlaczego oni mieli robić inaczej. Ja będąc posłem, choć z przerwą ale od pierwszej kadencji, nigdy o tym nie słyszałem. Nigdy nikt mi, ale jak sądzę również miażdżącej większości posłów, nie powiedział, że po cichutku marszałkowie przyznają sobie premie i to w wysokości prawie połowy rocznego uposażenia. Zwłaszcza, że marszałkowie i przewodniczący komisji i tak zarabiają więcej, bo dostają odpowiednie dodatki funkcyjne. W związku z tym uważałem, że niemożliwe jest aby taki system w skrytości trwał przez lata przy zmowie milczenia kolejnych zmieniających się ekip i zewnętrznej hipokryzji piętnującej zbyt duże uposażenia pochodzące nie tylko z budżetów ale też ze spółek Skarbu Państwa. Przecież w tym czasie głosami olbrzymiej większości Parlament przyjął "ustawę kominową" drastycznie ograniczającą pensje w administracji, także samorządowej, oraz pracowników państwowych spółek. Wydawało mi się niemożliwe, mimo, że wiele rzeczy już widzieliśmy, żeby jedną ręką ograniczać przywileje innych a drugą po cichutku przyznawać je sobie. Przecież to szczyt hipokryzji, który wcześniej czy później musi „wyleźć". W związku z pewnością, że marszałkowie zasłaniają się nieprawdziwym argumentem, przystąpiłem do obrony premiera Tuska twierdząc, że on przecież nie brał i zawsze był przeciwnikiem przywilejów. O naiwności!

REKLAMA
Zgadnijcie Państwo z kogo to cytat:
"Chciałbym, żebyśmy wrócili do prostej, niewymagającej żadnych nakładów idei, która jest oczywista, i dlatego nikt w Polsce nie rozumie, dlaczego nie jest realizowana. Idei władzy skromnej, pozbawionej zbędnych przywilejów, idei taniego państwa [...]. Chcę państwu uświadomić, że ograniczenie przywilejów władzy -finansowych, instytucjonalnych, budujących zbędny komfort, obcinanie bizantyjskich kosztów, przywilejów czasami absurdalnych, jak sławny bilet tramwajowy za darmo dla posła i posłanki, chociaż, jak wiadomo, rzadko kiedy Polak ma okazję zobaczyć w tramwaju parlamentarzystę [...]. Chciałbym państwa zapewnić, że te przywileje, materialne przywileje władzy, przestaną drażnić Polaków, bo znikną."
Tak - to mówił Donald Tusk 23 listopada 2007 r. podczas wygłaszania swojego expose. Dwa lata wcześniej na konwencji wyborczej 26 czerwca 2005 roku grzmiał : "Władza musi mieć wyłącznie obowiązki i nigdy więcej przywilejów!” Mówił to w roku, w którym pobrał poza swą normalną poselską płacą ponad 43.000 złotych premii. A w całym czasie posłowania w kadencji 2001-5 180.000 złotych premii. Jeszcze kilka lat wcześniej jego sztandarem było hasło walki z "klasą próżniaczą" i przywilejami władzy. 12 i 13 grudnia 1998 roku w czasie obchodów 10-lecia KLD w Gdańsku oburzał się na polityków biorących publiczne pieniądze i apelował o drastyczne ograniczenie całego "tego marnotrawnego systemu". Stało się to jednym z jego głównych wyróżników i haseł używanych szczególnie, kiedy tworzyliśmy PO w 2001 r. Nie byłoby w tym nic złego gdyby w tym czasie, oczywiście nie wprowadzając w ten delikatny szczegół swoich współpracowników, nie brał premii jako wicemarszałek senatu z ramienia UW.
Współpracowałem z Donaldem Tuskiem przez wiele lat nie świadom tych faktów, które ujawniło Radio Zet w ostatnich dniach. Za wiele rzeczy go ceniłem, wiele rzeczy krytykowałem. Wśród tych krytykowanych było też częste rozmijanie się wypowiadanych deklaracji z rzeczywistymi krokami. Nigdy jednak nie sądziłem, że wśród tych rzeczy objętych "podwójnym standardem" będzie sprawa małostkowego brania pieniędzy jako klasycznego przywileju władzy. Tak przywileju bo jak w przypadku parlamentarzysty można mówić o premii? Premia to jest wtedy gdy pracownik np. w wymierny sposób zwiększa dochody firmy, w której pracuje. Jaka może być premia przy wypełnianiu swych obowiązków przez posła? Jak to można wytłumaczyć ludziom, przed którymi oczywiście utrzymuje się to w dyskrecji?
Zawsze, jak wiadomo, byłem zwolennikiem samodzielności finansowej posłów. Uważam, że powinni móc zarabiać wszędzie tam gdzie nie ma konfliktu interesów z ich działaniami publicznymi. Uważam , że mogą być tak zamożni na ile starcza ich zdolności i pomysłowości. Poseł uzależniony finansowo od tego czy dostanie się na następną kadencję to prosty sposób na posłuszne, bierne i służalcze partie wodzowski. Jednocześnie drastycznie należy przeciwdziałać "zarabianiu na polityce", premiom dla polityków, samolotom na weekend, kolegom w spółkach wsadzonym na wielkie pensje z klucza politycznego. Ty Donaldzie uważałeś kiedyś w obu sprawach tak samo. Potem zmieniłeś zdanie w pierwszej wykorzystując zarabianie pieniędzy poza polityką jako broń przeciw, a teraz okazuje się, że też od dawna nie byłeś wierny drugiemu poglądowi. Szkoda.
Na koniec cytat z wywiadu z Programu I Polskiego Radia z 29 marca 2005 wbrew pozorom ściśle się z tym wiążący:
"Jeśli ktoś mówi o oszczędnościach czy o biedzie w Polsce, o hańbie głodnych dzieci, a równocześnie bierze dziesiątki milionów złotych z budżetu państwa na konto własnej partii, to musi szukać różnych uzasadnień dla tego przykrego faktu".