Na tle świata z „1984” stalinizm wydawał się być dziełem niedokończonym. Bo nim ktoś z rozkazu wodza trafił w ręce siepaczy Jagody, Jeżowa czy Berii, cieszył się – oczywiście jak na standardy „1984” – zbyt wielkimi swobodami, bo miał na przykład coś na kształt życia prywatnego. Sądziliśmy, że tak doskonały w swej potworności świat Wielkiego Brata w prawdziwym świecie jest niemożliwy.
REKLAMA
Myliliśmy się, a na Orwella trzeba patrzeć jak na proroka, który nie tyle opisał coś, co było, ale przewidział to, co nastąpi. Jego antyutopia w olbrzymim stopniu stała się rzeczywistością. To rzeczywistość dzisiejszej Korei Północnej.
Podobnie jak w świecie Wielkiego Brata, tak i w Korei Północnej można mówić o trzech klasach. Funkcjonuje tam coś na kształt partii wewnętrznej i znacznie liczniejszej partii zewnętrznej – to głównie członkowie tych dwóch grup zamieszkują Phenian i cieszą się jako takim dobrobytem. Ale oni też są masą tworzącą wielotysięczne parady, spektakle miłości do wodza lub nienawiści do imperialistycznych wrogów. I jest także w tej Korei największa rzesza „proletariuszy” – to miedzy innymi ci, którzy wskutek obłędnej polityki władz są ofiarami cyklicznie powtarzających się klęsk głodu.
A nade wszystko mamy tam zwielokrotnionego, bo dynastycznego Wielkiego Brata, którego kult przerasta nawet te formy uwielbienia, które opisał w swej powieści Orwell.
Dzisiaj – też podobnie jak u Orwella – tłum wiernych partii Koreańczyków wręcz prosi wodza, by wydał rozkaz uderzenia na wroga. Różnice są naprawdę niewielkie i sprowadzają się do nazwisk i tytułów. Rolę Orwellowego beznazwiskowego Wielkiego Brata gra w Korei Północnej Szanowny Przywódca Kim Dzong Un, a śmiertelny wróg ludu, partii i wodza nie nazywa się Goldstein tylko Obama.
Dzisiaj – też podobnie jak u Orwella – tłum wiernych partii Koreańczyków wręcz prosi wodza, by wydał rozkaz uderzenia na wroga. Różnice są naprawdę niewielkie i sprowadzają się do nazwisk i tytułów. Rolę Orwellowego beznazwiskowego Wielkiego Brata gra w Korei Północnej Szanowny Przywódca Kim Dzong Un, a śmiertelny wróg ludu, partii i wodza nie nazywa się Goldstein tylko Obama.
