Warta nagłośnienia – prowadzona przez Fundację ABCXXI – akcja czytania dzieciom, każe zapytać, kto weźmie na siebie trud czytania ich rodzicom. Bo to dla ich pokolenia – jak widać po wyznaniu wykształconej przecież córki premiera – „najtrudniejszy jest proces decyzyjny dotyczący otwarcia książki po raz pierwszy”.

REKLAMA
Bardzo wielu dzisiejszych dwudziesto-, trzydziesto- i czterdziestolatków nie jest w stanie z sukcesem przejść przez ten proces, a jeszcze więcej w ogóle do niego nie przystępuje. Książki w ich życiu po prostu nie istnieją.
Wiele zła poczynił tutaj model edukacji, z taką pasją reformowany u nas od 20 lat. Nie chciałbym powrotu do gierkowsko-jaruzelskiej Polski, ale nie mogę nie zauważyć, że edukacja humanistyczna na poziomie licealnym wyglądała wtedy lepiej niż dziś. To prawda, że z powodów cenzuralnych na lekcjach polskiego nieobecny był Miłosz (choć aluzyjno kąśliwy wobec systemu Herbert już był), a na lekcji historii pomijana była prawda o Katyniu, ale ówcześni licealiści czytali w całości „Dziady” Mickiewicza i „Proces” Kafki oraz nie mylili Peryklesa z peryskopem.
Można by się chociaż spodziewać, że w naszym kraju – tak katolickim w swej tradycji i z tak silną pozycją kościoła – jako tako przynajmniej będzie znany jeden z najważniejszych dla naszej kultury tekstów, jakim jest Biblia. Nic z tych rzeczy. Spróbujmy któremuś z rodziców (co to mają czytać dzieciom) podrzucić do ich własnej lektury „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka. Podejrzewam, że niewielu przeszłoby z sukcesem ten „trudny proces decyzyjny dotyczący otworzenia tej długiej książki”, ale jeszcze mniej potrafiłoby powiedzieć, do jakiego mitu biblijnego nawiązuje ta powieść.
Trochę to wszystko brzmi jak narzekania jakiegoś starca. Ale świat wokół nas zmienia się tak szybko (a nie zawsze w dobrym kierunku), iż nawet ja – człowiek ledwie po czterdziestce – mogę powiedzieć, że „za moich czasów to było inaczej”.

A co Wy czytacie? [Waszym zdaniem]