Uczelnie wyższe, jak i cały system kształcenia na poziomie akademickim, często spotykają się w naszym kraju z krytyką, ponieważ nie zapewniają absolwentom pracy w zawodzie. Warto jednak zastanowić się nad tym, czy zamiast narzekać na otaczającą rzeczywistość, nie należy raczej zacząć zmieniać jej zgodnie z własnymi oczekiwaniami?
REKLAMA
O polskiej edukacji, szczególnie wyższej, powiedziano już bardzo wiele. W szczególności – doskonale zidentyfikowano bardzo wiele problemów. Do zabrania głosu w tej dyskusji zachęciła mnie lektura artykułu Jakuba Florkiewicza w serwisie wyborcza.biz: http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,15077991,Edukacyjny_Dziki_Wschod.html
Po co studia?
„Dziesiątki lat nasze uczelnie przygotowywały do pracy naukowej. - To, że absolwenci radzili sobie w innych zawodach, zawdzięczali dobremu przygotowaniu ogólnemu i własnej inteligencji - mówi prof. Zbigniew Marciniak, były wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego. Uczelnie wciąż kształcą absolwentów niewpasowujących się w potrzeby rynku pracy, a poczynione wcześniej reformy wydają się mało skuteczne.”
„To, na co nacisk kładzie system edukacji, jest znacząco różne od oczekiwań pracodawców. Ewa Zmysłowska, menedżer działu rekrutacji i wizerunku pracodawcy w firmie PwC, podaje konkretne przykłady poszukiwanych cech: zdolność kreatywnego myślenia, tworzenie innowacyjnych i nieszablonowych rozwiązań, praca w grupie i przewodzenie zespołowi, rozwiązywanie konfliktów, logiczne strukturyzowanie problemów, prezentacja, praca z dużą ilością danych i selektywność w wyborze informacji. - Czy szukamy wiedzy? Owszem, ale jest ona uzupełnieniem dla umiejętności i sama w sobie nie wystarczy - podsumowuje Zmysłowska. (...) między Polską a Zachodem nadal istnieje przepaść w zakresie bliskiej współpracy biznesu z akademią oraz zsynchronizowania potrzeb rynku i ścieżek kształcenia - komentuje Zmysłowska.”
„To, na co nacisk kładzie system edukacji, jest znacząco różne od oczekiwań pracodawców. Ewa Zmysłowska, menedżer działu rekrutacji i wizerunku pracodawcy w firmie PwC, podaje konkretne przykłady poszukiwanych cech: zdolność kreatywnego myślenia, tworzenie innowacyjnych i nieszablonowych rozwiązań, praca w grupie i przewodzenie zespołowi, rozwiązywanie konfliktów, logiczne strukturyzowanie problemów, prezentacja, praca z dużą ilością danych i selektywność w wyborze informacji. - Czy szukamy wiedzy? Owszem, ale jest ona uzupełnieniem dla umiejętności i sama w sobie nie wystarczy - podsumowuje Zmysłowska. (...) między Polską a Zachodem nadal istnieje przepaść w zakresie bliskiej współpracy biznesu z akademią oraz zsynchronizowania potrzeb rynku i ścieżek kształcenia - komentuje Zmysłowska.”
A według mnie studia nie są po to. Choć rozumiem w pełni frustrację świeżo upieczonych magistrów, którzy nie mogą znaleźć pracy, uważam, że zaczynamy niebezpiecznie mylić uczelnie ze szkołami zawodowymi. Martwi mnie, że najlepsze uczelnie w Polsce prześcigają się tym, ile procent ich absolwentów znajduje pracę w zawodzie.
Jeśli za cel kształcenia na poziomie akademickim przyjmiemy takie przygotowanie młodych ludzi, aby byli oni jak najlepiej dopasowani do wymogów rynku pracy, to jest to moim zdaniem początek końca. I to nawet nie dlatego, że obrany kierunek jest niewłaściwy – dlatego, że jest to w mojej ocenie drastyczne obniżenie standardów.
Od absolwentów uczelni, szczególnie tych najlepszych, nie powinniśmy oczekiwać dostosowania do rynku pracy. Co więcej, nie powinniśmy od nich w ogóle oczekiwać dopasowania do obecnych realiów. Ja od takich ludzi oczekuję, że będą oni rzeczywistość kreować, w tym także kreować rynek pracy. Aby taki cel osiągnąć osoby te oczywiście powinny tę otaczającą je rzeczywistość znać i rozumieć, ale to nie wystarczy. Konieczne są także co najmniej umiejętność myślenia i przewidywania, a przede wszystkim odwaga: do podważania status quo, do zmiany, do przejęcia inicjatywy.
Ale to może nie być takie proste…
„Czy takiej edukacji chcemy? - Absolutnie nie - uważa Ania, studentka trzeciego roku ekonomii z Krakowa. - Rzuceni w ramy systemu dopasowujemy się do wymagań, jakie stawia. Jesteśmy na głębokiej wodzie. Ambitni i zdyscyplinowani jakoś sobie poradzą, na magisterkę wyjadą za granicę. Resztę system pociągnie w dół - komentuje.”
Czego można oczekiwać od ludzi, którzy w swoim najlepszym wieku, gdy nie mają zobowiązań finansowych czy rodzinnych i gdy ich poziom kreatywności oraz „chęci tworzenia” jest największy, nie dają sobie rady z takim małym w gruncie rzeczy systemem, jakim jest, niechby nawet skostniała, uczelnia. Jeśli system uczelniany „pociągnie ich w dół”, to trudno oczekiwać, aby nie pociągnęło ich w dół prawdziwe życie.
Czego można oczekiwać od ludzi, którzy w swoim najlepszym wieku, gdy nie mają zobowiązań finansowych czy rodzinnych i gdy ich poziom kreatywności oraz „chęci tworzenia” jest największy, nie dają sobie rady z takim małym w gruncie rzeczy systemem, jakim jest, niechby nawet skostniała, uczelnia. Jeśli system uczelniany „pociągnie ich w dół”, to trudno oczekiwać, aby nie pociągnęło ich w dół prawdziwe życie.
Taka droga jest oczywiście niewygodna. Płynięcie pod prąd zawsze jest niewygodne. Dodatkowo można przytoczyć argument, że przecież to nie studenci są winni obecnej sytuacji, oni tylko (przynajmniej część z nich) chcą zdobywać wartościowe wykształcenie na wspaniałych uczelniach, a system im tego nie umożliwia. Ale według mnie to jest nieważne. Jeśli w otaczającej mnie rzeczywistości widzę coś, co należy zmienić, to staram się to zmienić, a przynajmniej się do tego nie dopasowywać, bez względu na to, czy jestem temu winny czy też nie. Zwłaszcza jeśli te elementy rzeczywistości rzutują negatywnie na moje życie! Zacznijmy od siebie – metoda „weźmy się i zróbcie” rzadko przynosi konstruktywne efekty. Nasi rodzice obalili komunizm, a my nie potrafimy obalić skostniałego systemu edukacji wyższej? Trochę wstyd. Poza tym, skoro „ambitni i zdyscyplinowani jakoś sobie poradzą” to w czym problem? Nieambitni i niezdyscyplinowani zawsze będą mieli kłopoty ze znalezieniem pracy, niezależnie od systemu kształcenia.
Eksperci oczywiście zgodni
„- Edukacja wyższa w Polsce utknęła gdzieś w okowach socjalizmu - komentuje proszący o anonimowość przedstawiciel środowiska akademickiego. - Dawniej pełniła ona rolę nie tylko ośrodka akademickiego, ale i centrum wolnej myśli oraz ostoi inteligencji, z dużą dozą autonomii. (...) Zmiana systemu uwolniła część światłych umysłów, które w poszukiwaniu karier i sukcesu udały się za granicę lub do sektora prywatnego, pozostawiając uniwersytety z akademickim establishmentem - uważa przedstawiciel.”
„- Jako wizytator widziałem programy uczelni, zarówno publicznych, jak i prywatnych, które spełniwszy, anachroniczne, moim zdaniem, minima programowe, przepełnione były podobnie brzmiącymi przedmiotami i niejasnymi ćwiczeniami. Wszystko to dla zapewniania pracy przerośniętemu ciału akademickiemu. - mówi Tymon Kokoszka, były ekspert Polskiej Komisji Akredytacyjnej.”
Zaczynając do końca – jestem szczerze ciekaw, co robił pan Tymon Kokoszka w obliczu napotykanych przez siebie i opisanych powyżej zjawisk. Pytanie nie jest złośliwe – po prostu nie wiem, a jestem ciekaw. Cieszy mnie podejście pana Kokoszki i jego spostrzeżenia, ale chciałbym się po prostu dowiedzieć, czy podążyły za nimi jakieś działania, a jeśli tak, to jakie.
„- Jako wizytator widziałem programy uczelni, zarówno publicznych, jak i prywatnych, które spełniwszy, anachroniczne, moim zdaniem, minima programowe, przepełnione były podobnie brzmiącymi przedmiotami i niejasnymi ćwiczeniami. Wszystko to dla zapewniania pracy przerośniętemu ciału akademickiemu. - mówi Tymon Kokoszka, były ekspert Polskiej Komisji Akredytacyjnej.”
Zaczynając do końca – jestem szczerze ciekaw, co robił pan Tymon Kokoszka w obliczu napotykanych przez siebie i opisanych powyżej zjawisk. Pytanie nie jest złośliwe – po prostu nie wiem, a jestem ciekaw. Cieszy mnie podejście pana Kokoszki i jego spostrzeżenia, ale chciałbym się po prostu dowiedzieć, czy podążyły za nimi jakieś działania, a jeśli tak, to jakie.
Nie rozumiem natomiast zupełnie stwierdzenia, że część światłych umysłów udała się do sektora prywatnego. Kiedy rozpoczynałem studia doktoranckie profesorowie często zadawali mi pytanie: czy chce się pan oddać nauce czy biznesowi? Odpowiadałem – nie wiem. Bo skąd miałem wiedzieć skoro w biznesie byłem dopiero co po postawieniu pierwszych kroków a „karierę naukową” właśnie nieśmiało rozpoczynałem. Z biegiem czasu odkryłem drugi absurd tego pytania – tego wyboru w ogóle nie powinniśmy dokonywać. Stawianie takiego pytania świadczy właśnie o sposobie myślenia, w którym biznes swoje, a nauka swoje – jak się gdzieś kiedy przypadkiem spotkają to dobrze, jak nie, to trudno. Trzeba wybierać stronę barykady. A przecież świat nie składa się z biznesu, nauki i polityki, tak jak nie składa się z biologii, chemii, fizyki, geografii, matematyki i polskiego. Życzę sobie, abym nigdy nieopatrznie nie zaczął zadawać sobie tego pytania.
Jak żyć, Panie…?
Cytowany artykuł przedstawia jasne rekomendacje w zakresie sposobu zmiany systemu. Potrzebny jest do tego szeroki dialog rozmaitych środowisk: akademickiego, biznesowego, studentów, absolwentów, a także wsparcie państwa. Wystarczy zatem stworzyć 158-stronny okrągły stół, wypracować rozwiązanie i wspólnie je wdrożyć, na uciechę wszystkich zgromadzonych.
Nie jestem przeciwnikiem demokracji, ale z pewnością nie jestem także jej fanatykiem. W podobnym tonie wypowiada się zresztą prof. Leszek Pacholski na łamach 48-go numeru „Polityki” rekomendując, aby ograniczyć samorządność uczelni oraz przekształcić je w fundacje bez demokratycznie wybieranego rektora. Żadnego systemu nie da się fundamentalnie zmienić w modelu demokratycznym, gdyż fundamentalna zmiana ze swojej definicji uderza w interesy większości zainteresowanych czerpiących korzyści ze status quo tegoż systemu. Demokracja w tym przypadku doprowadzi do równie pozytywnych efektów, jak w przypadku zastosowania jej w rodzinie z trójką dzieci (na szczęście nie mam dzieci, bo teraz pewnie odebrano by mi je pod zarzutem groźby stosowania przemocy psychicznej).
Co zrobić, żeby poprawić stan polskiej edukacji? Według mnie przede wszystkim zacząć od siebie. Każdy: profesor, student, absolwent, kierownik International Level 2.3.6 Human Resources Management Department w korporacji, drobny cinkciarz oraz ekspert Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Zaorać swoje poletko – zastanowić się co mogę zrobić ja, aby system polskiej edukacji był lepszy. A potem po prostu to zrobić. Długoterminowo – zacząć od przedszkola. Bo jeśli chcemy mieć liderów świata, liderów Polski, czy na dobry początek przynajmniej liderów zmian w systemie kształcenia, to umiejętności płynięcia pod prąd i podważania status quo nie wykształcimy w nich w przeciągu kilku lat. Jestem strasznie zły na siebie, że pomimo wstępnych rozmów z Uniwersytetem Dzieci nie zebrałem się w sobie, żeby złożyć tam ofertę na zajęcia z przedsiębiorczości. A Uniwersytet Dzieci wiąże się z rekomendacją w średnim terminie – zliberalizować rynek edukacji na wszystkich poziomach przed-uniwersyteckich. Niech możliwie szybko zakończy się model, w którym osoby wykształcone w skostniałym systemie kształcą przyszłe roczniki na swoje podobieństwo, w tym również swoich następców, którzy później będą kształcić kolejne roczniki… Oczywiście – nie wszyscy nauczyciele są skostniali, ale przy takim udziale sektora publicznego w nauczaniu od początkowego do ponadgimnazjalnego, jaki jest w Polsce, nie ma mowy o dywersyfikacji sposobów myślenia absolwentów, a co gorsza – polska szkoła raczej nie „produkuje” liderów. Oczywiście, po takiej liberalizacji znajdą się szkoły, w których poziom edukacji będzie gorszy niż w publicznych, ale z pewnością będzie inny. Szkoły będą prześcigały się właśnie w tej odmienności, jeśli oczywiście taka liberalizacja obejmie także liberalizację programów nauczania. A właśnie w różnorodności siła i źródło potencjalnych, przyszłych liderów.
