Nie ma co udawać, że ktoś z nas siedzi w głowie premiera. Nie wiedziałem jaka będzie decyzja, bo wiele pewnie zależało od dzisiejszej rozmowy. Jestem przekonany, że wielu „doradców” srodze się dziś zawiodło.
REKLAMA
Fakt, że opozycja wyjdzie teraz i będzie opowiadać głupoty o tym, że premier przegrał z Jarosławem Gowinem nie może dziwić, ale też trudno traktować jej opinie poważnie. A co mają powiedzieć? Że to dobra decyzja premiera? Że wygrał rozsądek? Że dzięki Jarosławowi Gowinowi partia zachowa proporcje i nie rzuci się na lewo, w pewną przepaść? Platforma nie wygra w licytacji na lewackie hasła z Januszem Palikotem, mającym z ideałami lewicy coraz mniej wspólnego. Nie ma też sensu kokietować Giertychów i Młodzieży Wszechpolskiej, i to nie tylko z estetycznych względów.
Na barkach PO spoczywa odpowiedzialność za Polskę i nie można w tych wyjątkowych czasach, wymagających jedności nie tylko w partii, ryzykować małych wojenek i animozji. Małostkowość nie jest cechą, którą powinien kierować się mąż stanu. Jestem zbudowany konsensusem, choć naprawdę logika podpowiadała, że było to najbardziej prawdopodobne rozwiązanie. Donald Tusk sam wybrał sobie ministra. Przyjął koncepcję ministra spoza środowiska, jako tego, który może podjąć się trudnych reform bez emocjonalnego bagażu kolegów z prawniczej kasty. Zaakceptował stworzony przez niego plan deregulacji. Wyrzucenie ministra sprawiedliwości znaczyłoby, że kompletnie się pomylił. I nawet mając w pamięci przysłowie, że nie robi błędów, ten kto nic nie robi, to ocena pracy ministra byłaby przedwczesna i wymuszona przez opozycję. Ostatnie o co ją podejrzewam, to troska o Platformę, więc z pewnym rozbawieniem obserwuję zadęcie i pomstowanie na Jarosława Gowina.
Mam powody by sądzić, że konflikt nie był w istocie aż tak poważny, jak wskazywały media. Spory konstytucyjne wokół projektów są faktem, potwierdzali to znamienici konstytucjonaliści z ekssędziami Trybunału Konstytucyjnego. Potwierdził to też dobitnie prezydent. Druga kwestia to rzekome nieposłuszeństwo ministra, jakaś nadmuchana rewolta. Jak słusznie zauważył pan Hofman, co staje się podwójnie zabawne, nikt nie powinien być karany za poglądy. Co innego niesubordynacja, a co innego wartości. Wiadomo jednak, że w drużynie rozgrywający musi być jeden i co do tego nie ma wątpliwości. Każdy zwykły kibic wie, że najlepsza drużyna to ta, w której indywidualności znajdują siłę by realizować wspólny cel. Często za cenę kompromisu, ale z nagrodą w postaci sukcesu w perspektywie czasu. W rządzie nikt nie jest dożywotnio. Być może minister Gowin straci swoje stanowisko. Ale na pewno nie stanie się tak przez podpowiedzi politycznych konkurentów z prawa i lewa. Niedoczekanie wasze panowie. Zajmijcie się Nowickimi i Solidarną Polską.
Irytuje mnie myślenie, że polityka to walka na śmierć i życie, zero-jedynkowa gra, w której albo jesteś na dole albo na górze. Albo triumfujesz albo ponosisz klęskę. Z pewnym zakłopotaniem jako eurodeputowany przypomnę, że takie myślenie jest raczej rodem z XIX wieku i po II wojnie światowej było w Europie skutecznie wykorzeniane, czego dowodem jest utrzymanie pokoju i utworzenie Unii Europejskiej.
Nie będę popadał w hurraoptymizm. Nie przeczę, że związki partnerskie są wyzwaniem, ale nie uważam, żeby były tylko dwa możliwe warianty rozwiązania tego prawnego problemu. Ufam prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu i wierzę w jego skuteczną i rozważną mediację. Gdy głowa państwa nie ma na celu jedynie bezpardonowej wojny z rządem i wszystkim co wychodzi spod jego ręki, jak robił to Lech Kaczyński, państwo może tylko zyskiwać. Każdy kryzys w konsekwencji daje szanse, że ten kto go przetrwa, wyjdzie z niego mocniejszy. I wierzę, że tak też się stanie w przypadku rządu i Platformy. Na jednym skrzydle nie da się latać wysoko, a żaden orzeł dobrowolnie nie pozbędzie się skrzydeł.
