W nocy z 9 na 10 lutego zostałem pobity w warszawskim metrze. Zadzwoniłem pod 112. Nikt nie chciał przyjąć tego zgłoszenia. Czy miasto stołeczne Warszawa chroni bandytów?

REKLAMA
Wieczorem 9 lutego udałem się na urodziny znajomego. Później zamierzałem bawić się na urodzinach - zdawałoby się - zaprzyjaźnionego portalu. Ale okazało się, ze nie zostałem wpisany na listę. W tej sytuacji postanowiliśmy z moim chłopakiem pojechać do domu.
Czekaliśmy na metro. Metro - jak wiadomo - w Warszawie nie oferuje zbyt wielu możliwości. Stanęliśmy na stacji Centrum na peronie do Kabat. Przyjechał pociąg. Wsiedliśmy. Pociąg ruszył. W pewnym momencie jadąca z nami Polka (na pewno nie Holenderka) jebnęła nas tulipanem. A ja dostałem w nos od towarzyszącego jej chłopaka.
Bo byliśmy pedałami.
Tak tę sytuację zapamiętał mój chłopak. Ja nie zapamiętałem nic. Zostałem w szoku, tłumiąc krwotok z nosa.
To, co się wydarzyło, było dla mnie totalnym zaskoczeniem. Mój pierwszy telefon pod numer 112 zakończył się rozmową z kimś, kto nie chciał podać swojego nazwiska, no a przede wszystkim - pomóc. Totalny buc i agnorant opłacany z moich podatków. Nie wiem, czy nagrywają rozmowy. Dzwoniłem do nich o 02.14. Mój następny telefon pod numer 112 o godzinie 02.18 był jeszcze bardziej zadziwiający: "Dobry wieczór, Przemysław Pilarski, zostałem napadnięty, proszę się przedstawić". "Jan Kowalski ". Sygnał zerwanego połączenia.
Miasto Warszawa ma w dupie odpowiedzialność.
Takie mi przyszły rozważania do głowy: w końcu jesteśmy równi, czy nie jesteśmy równi? Jeżeli jako homoseksualista mam być gorszy, to bardzo chętnie będę płacił niższe niż inni podatki. Unormujmy to.
Jestem za.
Piszę tę notkę, siedząc w środku nocy z krwawiącym nosem. Nie wiem, co mam zrobić. To nie jest codzienna sytuacja.
logo
Nie zależy mi na dotarciu do tego tchórza, który przedstawił się jako Jan Kowalski, a potem odłożył słuchawkę. Mimo że siedział na linii 112 i był opłacany z moich podatków.
Nie zależy mi na złapaniu tych, którzy mnie pobili w metrze. Zdaję sobie sprawę, że oni, jako katolicy, mają prawo bić w swojej umiłowanej ojczyźnie, kogo popadnie. Bo oni są u siebie, a ja niekoniecznie.
Proszę tylko o jakiś papier, który ułatwi mi osiedlenie się w innym kraju. Bo przecież to jest jasne, że ja tutaj nie pasuję. Po co mamy się ze sobą męczyć?
PS: Wiem, że to dość histeryczne. Ale jak inaczej się zachować w sytuacji, która nie powinna mieć miejsca?
PPS: W razie czego, dysponuję telefonem, bilingiem i wszystkim, czego potrzeba, żeby udowodnić, że miasto stołeczne Warszawa w nocy między 9 a 10 lutego stało po stronie bandytów.
Być może dla miasta stołecznego Warszawy jest to najwygodniejsza strona.
Zobacz też: Po 12 godzinach