Podobno cierpienie uszlachetnia, ale czy koniecznie musimy się uszlachetniać w dni wolne od pracy? Wyjazd na sztucznie przedłużony majowy weekend stał się dla wielu z nas czymś w rodzaju przykrego obowiązku, niczym wizyta u znienawidzonej ciotki.
REKLAMA
Muszę zacząć od tego, że ten przymus spędzenia wolnych dni w jakiś schematyczny, społecznie akceptowalny sposób strasznie mnie irytuje. Personel supermarketów oczekuje, że przez bity tydzień siedzieć będę przy grillu, pałaszując karkówkę na zmianę z chipsami woniejącymi syntetycznym zapachem cebuli, z piwem w ręku. A ja akurat taki sposób spędzania wolnego czasu lubię tak samo jak disco polo i picie łoju.
Reporterzy stacji telewizyjnych i radiowych zakładają, że dokądś pojadę. Zapowiadają korki, robią wywiady z policjantami, którzy mówią o wzmożonej kontroli i tak dalej. Na myśl o tym, że miałbym swoją rodzinę gdzieś dalej zawieźć, zmuszony presją otoczenia i mediów, czuję dreszcz przerażenia. Najłagodniejszy obraz spośród tych, które podsuwa mi wyobraźnia, to coś w rodzaju „Wakacji pana Hulot”.
Tysiące aut, które nigdy nie wyjeżdżają za opłotki miast, kierowanych przez ludzi, którym ze względu na brak koordynacji ruchów nie powinno się wydać nawet karty wędkarskiej. Przegrzanych, odwodnionych i wściekłych ludzi, agresywnych, bo kiepsko radzących sobie w gęstym ruchu, zdezorientowanych, zagubionych, ślepo wierzących we wskazówki nawigacji. Część z nich, tych obdarzonych lepszą pamięcią, tkwiąc w korku gdzieś na rzekomo remontowanej drodze, ze zdumieniem skonstatuje, że od ubiegłorocznej majówki panowie robotnicy niewiele zrobili.
Poziom agresji na drodze w dni, które musimy uczcić wypoczynkiem „na siłę”, można porównać chyba tylko do poziomu złości Krzyżaków, którzy w swych ciężkich zbrojach pocili się pod Grunwaldem, czekając na atak Polaków i Litwinów. Jeśli musicie gdziekolwiek jechać, zabierzcie odpowiednie ilości napojów, zadbajcie o to, by układ chłodzenia waszego samochodu był idealnie sprawny i abyście wiedzieli dokładnie, jak dojechać do celu – inaczej własna rodzina uśmierci was gdzieś w przydrożnym rowie.
Ja jednak zostaję w domu. Choć jeżdżenie samochodem to u mnie zarazem praca, treść życia i przyjemność, w długi weekend majowy mam samochodowstręt. To dlatego, że tysiące naszych rodaków nachla się do nieprzytomności, by potem wśród nas ruszyć swymi autami do domu albo na następne pijaństwo.
Podniecamy się telewizyjnymi relacjami o tym, jak to gdzieś w Ameryce szaleniec wdarł się do szkoły z bronią automatyczną i zabił parę osób. A według policyjnych statystyk w weekendy w Polsce mamy takich potencjalnych morderców tysiące, nawet dziesiątki tysięcy. Niczym nam Amerykanie nie zaimponują. Dobrze rozpędzony polski pijak w samochodzie osobowym może szybciej zabić kilkanaście ofiar niż jakiś tam sfrustrowany terrorysta z karabinkiem M16. Co dopiero pijany kierowca ciężarówki czy autobusu.
Dlatego nie wyjeżdżam nigdzie w długi weekend. Mam rodzinę, z którą chcę jeszcze poprzebywać. Mam przyjaciół, których chcę jeszcze latami widywać. Mam projekty, które chcę zrealizować. Mam dość stałej obecności wokół mnie ludzi, których powinno się rozstrzeliwać i zakopywać w lasach. Pijanych morderców, nad którymi nadal rozpościera się parasol dobrotliwego społecznego przyzwolenia, atmosfery pijackich przechwałek i buńczucznej tępoty. Kto toleruje pijane bydło za kierownicą, jest gorszy od szalonego Amerykanina z bronią maszynową; pamiętajcie, wesoły po wódce, rubaszny wujek Zenek może pewnego dnia zabić wasze dziecko. Zostaję w domu, życie mi jeszcze miłe.
