NSU
NSU Newspress

Jestem stary. Pamiętam czasy, gdy na ulicach królowały Warszawy i Nysy,a imperialistyczne samochody widywało się rzadziej niż kometę Halleya. Każde ciekawe auto pamiętałem latami, najlepszy dowód, że pomimo postępującej sklerozy pamiętam je nadal.

REKLAMA
Przywożone z Niemiec samochody paradowały po ulicach z jajowatymi, białymi, rejestracyjnymi tablicami celnymi. Ówczesnym symbolem prestiżu i dobrobytu. Szaroniebieska ulica (przemysł PRL miał niejaki problem z produkcją bardziej jaskrawych kolorów), urozmaicona niczym wystrój socjalistycznego sklepu mięsnego, wchłaniała, wsysała ciekawe zachodnie samochody. Teraz mi się wydaje, że wyglądały trochę jak oskarżeni o zgubne wpływy zgniłego Zachodu więźniowie, eskortowani przez tłum funkcjonariuszy.
Pamiętam bardzo wyraźnie słoneczny dzień, gdy z ojcem z jakiegoś powodu szedłem ulicą Woronicza w Warszawie, miałem może z siedem lat. Pod ohydnym blokiem mieszkalnym stał sobie spokojnie pojazd kosmiczny. Czarny z białym wnętrzem Citroen DS. Tak dalece odróżniał się od kanciastej codzienności, że na jego widok zaniemówiłem. Zajrzałem oczywiście do środka, pozostawiając na szybach dziesiątki odcisków palców. Filigranowa dźwignia zmiany biegów, podłużny prędkościomierz i reflektory skręcające wraz z ruchem kierownicy. Jednoramiennej kierownicy. Magia.
Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałem subtelne różnice w konstrukcji samochodów, ale szybko zrozumiałem, że VW Garbusy i parę innych modeli mają silniki z tyłu. Ciekawy był biały Hillman Imp, nie do końca udany konkurent Mini, z wyjątkową uchylną tylną szybą. Przyszywany wujek miał zielone NSU Prinz, przy którym spędziłem sporo czasu patrząc, jak jest naprawiane i lakierowane. Zgrabne autka o sportowym charakterze prezentowały się bardzo bojowo pośród Wartburgów i Trabantów.
Nieco później zacząłem widywać rozmaite stare auta, niszczejące pod osiedlowymi garażami i na chodnikach. Na brudnym i smutnym Służewcu Przemysłowym widywałem czerwone, przedwojenne, czeskie Aero, nie wiem, co się z nim potem stało. Z kolei na monstrualnie socrealistycznej Alei Wyzwolenia latami gnił czarny, wielki Humber, mówiło się, że za Gomułki kupiono takie dla władz. Ten, zaniedbany i rdzewiejący tak szybko, że było słychać mnożenie się cząsteczek tlenku żelaza, stanowił świadectwo jakości pracy ówczesnej brytyjskiej klasy robotniczej.
Zwykli ludzie z ulicy najczęściej nie dostrzegali zachodnich wozów, albo odnosili się do nich z sympatią - nie było miejsca na nienawiść, najbardziej wybujała wyobraźnia nie pozwalała na myśli o posiadaniu czegoś takiego. Dlatego bohaterowie "Noża w wodzie" Polańskiego, jadący na weekend Peugeotem 403 (i trochę Mercedesem) mieli tyle wspólnego z realnym światem, co lot na Księżyc próżniowym balonem z jakiejś powieści Verne'a.
Teraz na ulicach jest tak wiele kolorowych aut, że mało kto się za nimi ogląda. Trzeba czegoś naprawdę wyjątkowego, by dziecko wymazało palcami boczne szyby. Moja dziesięcioletnia córka zawsze ogląda się za Ferrari czy Bentleyem, ale też pyta mnie o samochody, których nie zna. Dokładnie tak jak ja kiedyś mojego ojca. Więc może jednak nie wszystko stracone... gdy dzieci przestaną z zachwytem oglądać się za samochodami, będzie to oznaczało, że konstruktorzy i styliści się wypalili i trzeba ich wszystkich zwolnić.