Będę się na tym blogu zajmował przede wszystkim Peerelem, a mówiąc ściśle – polsko-ludowymi elitami władzy. Owymi uwielbianymi „przywódcami”, na których w wyborach głosowało z górą 98 procent społeczeństwa, aby za chwilę dowiedzieć się, że źle ulokowali swoje uczucia. Nim jednak o Peerelu, kilka zdań o przywództwie.

REKLAMA
Podczas wojennej wizyty Winstona Churchilla w jednej z angielskich fabryk pewien robotnik krzyknął na widok przechodzącego premiera: „Oto idzie cholerne Imperium Brytyjskie!”. Churchill zaliczał się do tych nielicznych polityków, którzy samą swoją obecnością wywierali wpływ na otoczenie. Podobnie jak Charles de Gaulle, z którym na początku lat sześćdziesiątych spotkała się siostra Elżbiety II, księżniczka Małgorzata. „Jest tak dystyngowany, tak imponujący, że niemal mu się ukłoniłam” – opowiadała później. Postawę francuskiego przywódcy doceniał także nie lubiący go Winston Churchill. „Rozumiałem i podziwiałem jego wyniosły sposób bycia, chociaż czułem się dotknięty – pisał brytyjski premier. – Kim był: uchodźcą, banitą, który musiał opuścić swój kraj pod groźbą kary śmierci, całkowicie zależny od dobrej woli rządu brytyjskiego. Niemcy zajęli jego kraj. Nigdzie właściwie nie miał punktu oparcia. Mimo to buntował się przeciwko wszystkim. Zawsze, nawet kiedy zachowywał się najgorzej, wydawało się, że wyraża osobowość Francji – wielkiego narodu, z całą jego dumą, poczuciem władzy i ambicji”.
Autorzy podręczników historii z pewnością niewiele miejsca poświęciliby jednak Churchillowi i de Gaullowi, gdyby nie II wojna światowa. Gdyby nie I wojna światowa, a przede wszystkim inwazja sowiecka 1920 roku, być może Józefa Piłsudskiego pamiętalibyśmy ledwie jako działacza PPS i publicystę „Robotnika”. Gdyby nie zimna wojna sięgająca w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku temperatury wrzenia, Ronald Reagan bardziej byłby znany z roli George’a Gippa w filmie „Knute Rockne – stuprocentowy Amerykanin” niż jako mistrz ceremonii na pogrzebie komunizm.
Historyczne okoliczności to gleba, na której wyrastają przywódcy. Bo przywództwo jest zbudowane na emocjach. Doświadczyła tego Margaret Thatcher, która do czasu wybuchu wojny o Falklandy sprawnie rządziła krajem, ale jej prawdziwą pozycję – podobną Winstonowi Churchillowi – stworzyło dopiero starcie z argentyńskimi generałami, którzy postanowili zająć, zamieszkałe od 1690 roku przez Brytyjczyków (stanowczo zresztą opowiadającymi się za przynależnością do Królestwa) Falklandy. Thatcher wygłosiła wówczas słynne zdanie, które dobrze trafiło do serc obywateli Wielkiej Brytanii: „Agresorzy nigdy nie powinni zwyciężać, a prawo międzynarodowe powinno górować nad siłą”, a wojnę prowadziła do ostatecznego triumfu, mimo że wielu polityków, w tym jej przyjaciel Ronald Reagan, namawiało brytyjską premier do zawarcia kompromisowego pokoju. Thatcher jak nikt inny rozumiała jednak, że to zwycięstwo przeora brytyjską świadomość, co po latach spuentowała słowami: „Przestaliśmy być narodem w odwrocie”.
Wyjątkowy moment w historii ma znaczenie decydujące, ale okoliczności nie są determinantem ostatecznym. Proces upadku komunizmu, który miał dla stabilności świata siłę tsunami, nie zrodził przywódców ani w dawnych krajach satelickich Związku Sowieckiego, ani w samym rozpadającym się Imperium, ani wreszcie w państwach Wolnego Świata. Z identyczną sytuacją mieliśmy do czynienia dziesięć lat później, gdy samoloty wbite w World Trade Center zapoczątkowały wojnę z muzułmańskim terroryzmem i rozbudziły na półkuli północnej emocje, których temperatura była w tej części świata najwyższa od dziesięcioleci. Rzeczywistych przywódców nie wyłonił także kryzys ekonomiczny z lat 2008-2010, który groził totalnym, gospodarczym krachem i mógł objąć całą światową gospodarkę. Niewielu polityków dorasta do roli, które pisze im historia. Niewielu tylko ma w sobie dość siły, aby brać udział – jak powiedział de Gaulle – „w swoistym hazardzie polegającym na nieustannej grze va banque”.Historycy i socjologowie od lat próbują ustalić przyrodzone cechy, które rodzą przywódcę, ale do dziś nie powstał ich przekonujący katalog. Nie ulega jednak wątpliwości, że przywódcy muszą mieć wysoką samoocenę i dużą pewność siebie. A także, ponieważ polityka jest obszarem walki, muszą być „prawdziwymi walczakami” – dobrze znosić, a nawet lubić nieustanny, ostry spór i często bezpardonową walkę.
Niezbędna jest silna wola i umiejętność przewidywania oraz diagnozowania przyszłych ludzkich zachowań. „W tej zdolności rozumienia innych było coś niemal kobiecego” – twierdził jeden z doradców de Gaulle’a podsumowując jego wręcz nieprawdopodobną umiejętność oceny ludzi i ich charakterów. Wyjątkową intuicję Józefa Piłsudskiego podkreślali niemal wszyscy jego współcześni. Ale wydaje się, że niezbędna jest przede wszystkim wiara w siebie. Stefan Żeromski często opowiadał, że na początku XX wieku, podczas pobytu w Zakopanem, zajrzał do rudery, w której mieszkał Piłsudski. Zastał go w samych kalesonach, bo jedyne spodnie zabrał do naprawy krawiec. W tych niecodziennych okolicznościach Piłsudski zapewnił gościa, że kiedyś zostanie dyktatorem Polski. Niezachwiana wiara w sukces była też jedną z najważniejszych cech Churchilla, który wierzył w zwycięstwo nawet w najtrudniejszych momentach Bitwy o Anglię, gdy ręce załamywali nie tylko jego ministrowie, ale i dowódcy.
Charles de Gaulle w jednej z książek napisał, że politycy zyskują władzę i szacunek dzięki wstrzemięźliwości zachowań, utrzymywaniu dystansu do otoczenia i stwarzaniu wokół siebie aury tajemniczości, co jego zdaniem uzyskuje się między innymi małomównością. „Przywódca musi mieć wrodzoną skłonność do przewodzenia innym, którą powinien jednak rozwijać własnymi sposobami”. Z tą opinią z pewnością nie zgadza się Brian Bacon, założyciel prestiżowej Oxford Leadership Academy, według którego przywództwo „w dużej mierze polega na budowaniu więzi międzyludzkich – z załogą, klientami, z całym środowiskiem. Więzi buduje się przede wszystkim poprzez rozmowę”. Ale jeśli uznać to za dogmat, to Churchill był złym przywódcą, bo krzyczał na swoich współpracowników i traktował ich obcesowo. A mimo to wielu współczesnych podziwiało go za umiejętność budowy wokół siebie obozu oddanych sobie ludzi, gotowych podążać za nim i realizować wyznaczone cele. Z kolei Thatcher chętnie słuchała współpracowników, „nie było w niej właściwie apodyktyczności, lecz raczej głębokie przekonanie o swojej racji, na którego podstawie organizowała pracę swojego zespołu. Jeśli przywódca dysponuje zestawem jasnych, dobrze wyartykułowanych i spójnych zasad, wtedy wszyscy pozostali wiedzą dokładnie co mają robić... jeżeli chcą pozostać w grze” – twierdzi jeden z biografów brytyjskiej pani premier.
Mistrzem w budowaniu autorytetu wśród współpracowników pozostaje Józef Piłsudski, który w Legionach Piłsudski trzymał dystans wobec podwładnych, ale żył ich życiem – jadł to samo co wszyscy, mieszkał w podobnych warunkach, nosił zwykła strzelecką kurtkę pozbawioną przysługujących mu dystynkcji brygadiera. Jeden z współtowarzyszy walki zanotował: „Widzieliśmy Komendanta jak w swojej ziemiance w lasku naszym żył tym samym życiem co każdy z nas żołnierzy. Ta sama czarna, niesłodzona kawa i marne wówczas jedzenie, no i te same wszy w swetrach i mundurach, z którymi Komendant walczył jak każdy z nas”. Już później, w wolnej Polsce, Piłsudski zrezygnował z marszałkowskiego uposażenia, które przekazywał na cele dobroczynne, a jego rodzina żyła – bardzo skromnie! – z tantiem literackich oraz odczytów i wykładów. Nie korzystał też z przysługującej mu salonki kolejowej i z reguły podróżował wagonami drugiej klasy. „W tej Polsce, gdzie ludzie idą na największe kompromisy z własnym sumieniem, byle kurczowo trzymać się fotela ministerialnego, ten człowiek hardy, a tak skromny i prosty, tak obojętny na tytuły i zaszczyty, musi imponować, musi wzbudzać zaufanie” – pisał „Robotnik”, organ Polskiej Partii Socjalistycznej.
W każdej działalności publicznej, polityki nie wyłączając, do osiągnięcia sukcesu niezbędne jest szczęście. Czy Charles de Gaulle dotarłby na szczyt, gdyby nie protekcja marszałka Petain? Traf chciał, że u progu wojskowej kariery późniejszy prezydent Francji zamieszkał w sąsiedztwie marszałka, który protegował go najpierw do Ecole Superieure de Gaurre, a potem wydatnie pomagał wspinać się po kolejnych szczeblach kariery. Gdyby nie ta znajomość de Gaulle – ze względu na swoją butę i protekcjonalny stosunek zarówno do kolegów, jak i przełożonych – utknąłby zapewne w sztabie Armii Renu, gdzie został skierowany po studiach i gdzie nadzorował naczynia kuchenne, mrożonki i przydziały żywności. Wcześniej, podczas nauki w jezuickim gimnazjum, de Gaulle był uczniem miernym i cieszącym się opinią lenia, a jego ojciec mawiał, że chłopcu brakuje rozsądku. Do wymarzonej szkoły wojskowej w Saint-Cyr, de Gaulle dostał się ze 119 lokatą na 221 przyjętych.
Analiza biografii największych przywódców nie pozostawia wątpliwości – warunkiem niezbędnym jest pracowitość i wytrwałość. „Taka jest recepta. Nie zawsze doprowadzi Cię na szczyt, ale powinna poprowadzić przynajmniej bardzo blisko niego”. Słowa, brzmiące jak propagandowy slogan, w wypadku brytyjskiej pani premier były jedynie lakonicznym ujęciem jej życiowej drogi. Pracowitością wyróżniał się także jej poprzednik przy Downing Street 10, Winston Churchill, który jeszcze podczas pracy korespondenta wojennego jednej z brytyjskich gazet w Azji nie tylko zasypywał redakcję regularnie przysyłanymi tekstami, ale dodatkowo, wieczorami, po powrocie do garnizonu, każdego dnia kilka godzin poświęcał pisaniu książki. Zresztą ciężko pracował nawet gdy nie pełnił żadnych funkcji publicznych. „Napisałem dzisiaj dwa tysiące słów i położyłem dwieście cegieł” (przyszły brytyjski był wielbicielem murarstwa) – podsumował jeden ze swoich dni spędzonych w posiadłości Chartwell. Wcześniej, jeszcze w końcu XIX wieku, gdy wraz ze swoim pułkiem trafił do Bangalore w Indiach, zamiast po służbie oddawać się tradycyjnym oficerskim rozrywkom, większość wolnego czasu poświęcał na dokształcanie, studiując regularnie przysyłane mu przez matkę prace brytyjskich historyków.
Przywódcy nie podejmują szybkich, nawet najbardziej blaskomiotnych decyzji. Przywódcy działają w oparciu o gruntownie przygotowaną i przemyślaną strategię. Thatcher pokazała to podejmując walkę z rozbuchaną rolą związków zawodowych w brytyjskim życiu gospodarczym. Na pierwszy ogień poszedł Związek Zawodowy Górników, którego przywódcą był Arthur Scargill. Jego pozycja na brytyjskiej scenie wydawała się niezachwiana, ale Thatcher była zdania, że działania Scargilla niewiele różniły się od szantażu – wobec demokratycznie wybranych polityków, ale przede wszystkim wobec społeczeństwa. Do tej rozgrywki rząd Thatcher przygotowywał się bardzo pieczołowicie, już od września 1981 roku gromadząc w elektrowniach duże zapasy węgla.
Drugim ważnym ruchem było powołanie na funkcję przewodniczącego Narodowej Rady Węgla menadżera z dużym zawodowym doświadczeniem zdobytym na rynku amerykańskim. Sam strajk górników rozpoczął się w marcu 1983 roku. W następnych tygodniach i miesiącach napięcie narastało, lawinowo rosła także liczba demonstracji. Ale Thatcher nie zamierzała się ugiąć i dzięki temu, po niemal rocznej batalii, górniczy strajk został złamany. A przecież nastroje w tym okresie były tak rozpalone, że – zdaniem wielu komentatorów – groziły wybuchem powstania. W efekcie bezpardonowej wojny rządu ze związkami zawodowymi, których przywileje stanowiły jeden z najważniejszych hamulców rozwoju brytyjskiej gospodarki, poziom członkostwa robotników w związkach zawodowych spadł z 51 procent w 1979 roku do zaledwie 18 procent osiemnaście lat później, z 6 do 29 procent wzrósł za to odsetek związkowców posiadających udziały w firmach. Jeden z biografów Żelaznej Damy napisze później, że swoją postawą w tym konflikcie pani premier „nadała stanowisku premiera nową jakość”. Pewność siebie, wiara w sukces i konsekwencja pozwalają przywódcom iść pod prąd obowiązującym opiniom. Reformy gospodarcze Margaret Thatcher już na początku natrafiły na zmasowaną krytykę wielu najsławniejszych wówczas brytyjskich ekonomistów.
Ogarniętych furią blisko 400 z nich w liście opublikowanych przez „Timesa” grzmiało: „My, obecni bądź emerytowani członkowie kadry uniwersytetów brytyjskich zajmujących się ekonomią, przekonani jesteśmy, że w teorii ekonomii nie ma żadnych podstaw ani wystarczających dowodów, aby zgodzić się z przekonaniem rządu, że jego działania zmierzające ku deflacji pozwolą utrzymać inflację pod stałą kontrolą i w tej sposób automatycznie wywołają ożywienie gospodarcze, wzrost produkcji i zatrudnienia. Obecna polityka pogłębi kryzys, podważy industrialne podstawy naszej gospodarki i zagrozi jej stabilności społecznej i politycznej”. Żelazna Dama nie ugięła się i konsekwentnie realizowała swój cel.
* * *
Władza zawsze zawiera w sobie element przymusu. Ale jednocześnie zawsze zawiera także autorytet. Im on większy, tym w mniejszym stopniu władza musi się odwoływać do przymusu. Przywództwo jest już czystym autorytetem. A właśnie autorytetu byli pozbawieni ludzie, którzy rządzili w Polsce po 1945 roku. Ciężko na ten brak autorytetu zapracowali. Również, ale nie tylko, poddaństwem wobec Moskwy. Pozostawał im tylko przymus.