Warszawa, 10 kwietnia wieczorem. Moje auto w warsztacie na wiosennym przeglądzie, łapię taksówkę i ruszamy do domu. Z daleka widzimy zarysy smoleńskiej demonstracji i mój taksówkarz, nazwijmy go panem Antonim, rzuca niby do siebie, ale na tyle głośno, aby włączyć pasażera w tok swoich myśli. "Gnoje, oby zdechli" - mówi pan Antoni.

REKLAMA
"A kto, o co chodzi?" - wynurzam się z monologu wewnętrznego o wyższości kolacji na ciepło nad kanapkami.
"O nich mowię, o bandzie Tuska. Panie, przecież oni powinni roznieść tego Tuska. Wspólnie z Putinem zamorodowali elity. I nawet nie chodzi o Kaczyńskiego. Ruscy mają kody do naszych rakiet!" - w lusterku oczy pana Antoniego nabierały niepokojącego mroku, a może nawet pomroczności. Być może dlatego przejechał też kolejne skrzyżowanie na czerwonym świetle.
Ja (naiwnie) - "Dlaczego Pan tak sądzi? Przecież już trzy lata od katastrofy i nic się nie zdarzyło" - postanowiłem go trochę uspokoić - "gdyby mieli te kody, to już pewnie dawno by je nam odpalili" - ciągnę temat starając się zbudować wspólnotę duchową na bazie MY - "a MY zapewne już zmieniliśmy kody".
"Panie, jakiś Pan naiwny" - tryumfalne spojrzenie wypiera pomroczność - "nie mając starych kodów nie możemy załadować nowych, tak jak w kompie. Słyszał Pan, żeby w ostatnich trzech latach były jakieś manewry z rakietami?"
"Nie słyszałem" - mówię zgodnie z prawdą. Od czasu obowiązkowej lektury w wojsku "Żołnierza Wolności", moje zainteresowanie poligonami zdecydowanie zmalało.
"I co, wszystko jasne, teraz już Pan wie. Bo to już złom. Ruscy nam ich nie odpalą, bo wystarczy, że my nie możemy tego zrobić" - pan Antoni już prawie miał stanąć przed przejściem dla pieszych, ale zdążył jeszcze przemknąć przez nosem ludzi wchodzących właśnie za zebrę.
"A to wszystko, że od 1989 ludzie nie mają szacunku dla państwa, przepisów i porządku" - w świetle folozofii rakietowej, konstatacja pana Antoniego wydała mi się na tyle intrygująca, a droga do domu tak daleka, że podjąłem ten temat. Na ciepłą kolację już pewnie nie zdążę, mimo, że pędzimy 90-100 km/h przez centrum miasta, więc chociaż sobie pogadam.
"A dlaczego Pan tak uważa?" - znów naiwnie.
"Mazowiecki dogadał się z Ruskimi, do dzisiaj zresztą rządzą Ruscy i sam pan wiesz kto, a prawdziwie polska elita zginęła w Smoleńsku. I to dwa razy, we wojnę (transkrypt orygnalny) i teraz. I jak można mieć szacunek do takiego rządu, do takiego państwa. Niemcy przegrali wojnę i zobacz Pan, jaki tam porządek. Przed Merkel wszyscy stoją na baczność. A u nas Tusk ucieka do Afryki" - wątek niemiecki w sposób widoczny uskrzydlił mojego taksówkarza. "Z zawodu jestem blacharzem i niejedno auto stamtąd przywiozłem. Przewałki na ubezpieczeniu nie mają tam żadnych szans. U nas to dopiero można kasę dostać. Panie, jakie u nas te ubezpieczenia głupie są".
"No tak" - wciąłem się w strumień świadomości pana Antoniego - "ale gdyby Pan jechał 100 na godzinę przez Unter den Linden, tak jak teraz Pan jedzie przez Jana Pawła, to najpóźniej po minucie, miałby Pan dwa radiowozy na karku".
Pan Antoni jeszcze bardziej przyspieszył - "Pan chyba z księżyca spadłeś. Pan wiesz, ile taki taksówkarz w Berlinie zarabia? Nigdzie nie musi się śpieszyć! Nie tak jak tu, jak się zaloguję w jakiejś dzielnicy, to muszę tam być, bo mnie wyrzucą ze strefy" - frustracja pana Antoniego zaczęła ważyć na bezpieczeństwie dalszej jazdy. Na szczęście, do domu było już coraz bliżej.
"W Niemczech to za ten kawałek, co pojechaliśmy, wziąłby od Pana przynajmniej 100 Euro. A u nas, jak za darmo, 150 zeta".
Taksometr wskazywał 136 zł, lecz nie bądźmy drobiazgowi. Facet wykazał się mężnością - jechaliśmy pół godziny, naruszył większość znanych mi przepisów drogowych i nie dał się złapać. Czy zaookrąglenie do 150 zł jest nadmiernym oczekiwaniem ze strony kierowcy bolida?
"To poproszę jeszcze rachunek, wystarczy z drukarki" - starałem się zyskać na czasie szukając w panice siły, aby uderzyć w tę manipulację.
"A Pan chce na firmę? Nie wiedziałem, a właśnie mi się fiskalna zepsuła. Zresztą, panie, po cholerę ten VAT, ten Rostowski to przecież nie Polak jest. Wie Pan, że on dopiero u Tuska zaczął uczyć się polskiego? Wypiszę Panu ręcznie, na ile Pan chce. Dwie stówki i 20 dla mnie?
Srebrna Toyota z panem Antonim odjechała z piskiem opon. Na chodniku pozostał facet, który nie chciał zarobić i nie chciał się zarobkiem podzielić, wierzący,że Polską nie rządzą Ruscy i sami wiecie kto, uważa że jednak drogi są budowane, a dzisiaj jest lepiej niż 20 lat temu. Słowem - żywa definicja nie Polaka.
Zdarzają się czasem rozmowy i spotkania, po których można zrozumieć nawet premiera i jego lot do Nigerii.
Uff, dzisiaj odbieram auto z przeglądu.