Premier Donald Tusk podjął w końcu długo wyczekiwaną decyzję. Dymisja ministra Jarosława Gowina może jednak oznaczać, iż rządząca partia prawdopodobnie w dłuższej perspektywie ulegnie dalszej erozji.

REKLAMA
Jarosław Gowin nie był dobrym ministrem sprawiedliwości. Nie był nawet adwokatem, nie czuł prawa, w ogóle go nie rozumiał, jak sam mówił o sobie „miał w nosie literę prawa”. Jego dymisja cieszy tym bardziej, iż jako urzędujący minister sprawiedliwości, publicznie twierdził, że „mamy opresyjne państwo, cieszę się, że bankrutuje”. Na zachodzie, taka wypowiedz, jakiegokolwiek ministra, który wyraża aprobatę, iż państwo, które reprezentuje bankrutuje, wywołałoby falę oburzenia i natychmiastową dymisję. Opresyjny Donald Tusk postanowił jednak grillować jeszcze swojego ministranta, ale do czasu, wszak cholesterol szkodzi. A majówka tuż, tuż!
Mianując Jarosława Gowina na stanowisku ministra sprawiedliwości, premier Donald Tusk stwierdził, iż ten konserwatywny polityk ma „pozytywną szajbę”. Absolutnie się z tym zgadzam, ale dlaczego od razu pozytywną? Minister, które wszędzie słyszał głos zarodków, które nazywał ludźmi, ma szajbę, na pewno, ale żeby czynić z niego szefem resortu sprawiedliwości? To dopiero szajba! Zastanawiam się jak obecnie czują się owe zarodki. Nie tylko polskie zresztą. Zupełnie nieswojo czuć się muszą niemieckie, które opuścił ich ojciec chrzestny. Biedne.
W sprawie związków partnerskich reprezentował interesy nie obywateli, a tych, którzy żyją na koszt owego wyimaginowanego opresyjnego państwa, czyli biskupów. „Zdecydowanie więcej mężczyzn poszłoby na łatwiznę, wybierało związki partnerskie, zamiast małżeństw"-twierdził Jarosław Gowin. Nie dostrzegam w tym absolutnie nic złego, tym bardziej, że sam Bóg, choć miał syna, to został wierny swoim starokawalerskim nawykam i przed ołtarz swojej wybranki nigdy nie zaciągnął. I miał do tego prawo.
Okazuje się, że szajba, nawet pozytywna, ma swoje granice. Chyba, że ten ktoś to Krystyna Pawłowicz.