Tak sobie myślę, zupełnie niezobowiązująco, że fajnie by było tej wiosny zatopić kilku producentów telewizyjnych, zamiast zwyczajowej Marzanny. Bo w sumie, co ta biedna Marzanna winna? Jedynie zimy winna. I choć specjalnie za śniegiem w mieście nie przepadam, to już na głębokich peryferiach, czy w górach uwielbiam. Zdecydowanie bardziej jednak nie przepadam za producentami telewizyjnymi i ich durnymi, przepraszam za słownictwo, programami.

REKLAMA
Nie oglądam telewizji. Albo bardzo rzadko. Jeśli już, to podglądam
zwierzątka na National, albo podróżuję z Travel. Fajna sprawa. Częściej
jednak telewizor mi służy jako ekran do wyświetlania filmów, niż
telewizyjnych produkcji. A ostatnio to nawet bardziej do przyciągania
kurzu, niż oglądania w nim czegokolwiek.
Ale do rzeczy.
Od czasu do czasu trafia mi się "telewizyjna perełka” i wtedy cieszę się
jak małe dziecko, przeżywam przez kolejnych kilka dni i nadziwić się nie
mogę. Tak było gdy znajomi włączyli mi kanał weselny, Wedding Tv. Okrętem flagowym owego kanału jest program "Nasz wielki dzień”. W oryginale,kamery towarzyszą amerykankom, które szykują się do ślubu, wesela itd.
Jednym zdaniem, totalne wariactwo młodych jankesek. Można jednak zobaczyć ślubne trendy zza oceanu, można się przekonać, że nie tylko w Polsce panny wariują przed zamążpójściem, generalnie czegoś można się dowiedzieć. Ale zdecydowanie "ciekawsza”, dla mnie wręcz powalająca, jest wersja polska.
Polscy producenci wymyślili a właściwie trudno tu mówić o myśleniu,
postanowili w "Naszym wielkim dniu " wypuszczać w całości nagrania weselne "made in Poland". Czyli z “Wielkiego dnia” zrobić w telewizji “Wielki kanał”. Dokładniej ? Prawie każdy, kto wszedł w formalny związek i jeszcze go umocnił "polskim weselem ", ma pamiątkę w postaci filmu wideo. Kiedyś na kasetach VHS, później na cd , teraz właściwie nie wiem, ale prawie wszyscy mają filmową pamiątkę, a jak ktoś nie ma, to dziwak.
No i właśnie ten obowiązkowy element małżeńskiego związku polscy producenci wykorzystali przesprytnie. Ich chytry plan zakłada, że Pan i Pani Kowalscy wysyłają im swoją płytę , swój "wielki dzień”, producenci w całości go emitują, a spragniony wrażeń i wiedzy ze świata widz ogląda.
Ratunkuuuu. Wesele w remizie, z początku lat 90, z punktu widzenia historii i etnografii a i owszem ciekawe. Wujkowie w białych skarpetach i ciocie z grzywkami na Joan Collins z lat swojej świetności są zabawni, ale gdy wujkowe wąsy moczą się w rosole, a kuzyn ledwo słania się po parkiecie, to jednak jest już słabo.
I tak około 4 do 5 godzin. Nie wiem, co jest na końcu, bo weselna potańcówka zmęczyła mnie po kwadransie, ale wiem, że jest źle. Chcę wierzyć, że "Nasz wielki dzień” w lokalnej wersji oglądają tylko nowożeńcy, którzy starsi są o kilkanaście kilogramów i ewentualnie wujek ze stryjenką, pod warunkiem, że wujek po drodze się nie zapił.
To jednak mnie śmieszyło.
Od wczoraj jednak jestem mocno zażenowana. Mocno, jak mocno zakręca się słoik z konfiturami.
A zaczęło się od bloga Moniki Jaruzelskiej. A tam Pani Moniki strona
"bezmaski.pl". A na stronie wywiady. Bardzo fajne, na temat, na poziomie, fajnie skręcone aż chce się oglądać i słuchać.
Na początek zarzuciłam rozmowę z Karoliną Korwin Piotrowską, no i z owej rozmowy wyłonił mi się jakiś straszny obrazek programu Top Model.
Pocieszające jedynie jest to, że programu nigdy nie widziałam, więc
uszczerbek na umyśle mi nie grozi. Ale niczym upiory, z wywiadu straszą dwa nazwiska : Tyszka i Woliński.
Pytam moje ulubione google, co to za Panowie, oczywiście wiem, że jeden
operuje całkiem dobrze aparatem fotograficznym, a drugi wykrawa wzory w dzianinach i projektuje z nie mniejszym sukcesem ale...jeden i drugi mają program Woli&Tysio na pokładzie. Recenzje miażdżące, mimo to odpalam w necie odcinek, w którym wcielają się w rolę piekarzy. Poziom pajacowania obu Panów jest głęboko poniżej poziomu Rowu Mariańskiego (przepraszam Rów, że go mieszam w jednym temacie z Woli i Tysiem.) Dramat ? Żenada ? Katastrofa? Król bajaderki i dziedzic rogalika zachowują się jak półsprytni, ciężko upośledzeni chłopcy (przepraszam również półpsprytnych i ciężko upośledzonych), a nie jak czołowy projektant mody i światowy fotograf -tak o nich pisze internet.
Przez 40 minut Panowie wyrzucają sobie, który się puszcza, który obciąga, I którego mieli wszyscy (słownictwo oryginalne). Generalnie wnioskuję, że są gejami - co naprawdę średnio mnie interesuje - i gdy patrze na tych dwóch półgłówków, współczuję wszystkim gejom w Polsce, bo teraz pewnie naród utożsamiać ich będzie z Tysiem i Wolim, czy jak im tam.
Dlatego proponuję, tu i teraz, by producenta programu Woli&Tysio na pokładzie zatopić nim rozwinie żagle.
Brak owego producenta w TVN może tylko być początkiemlepszego. Gorzej być nie może.
http://woli-i-tysio.tvn.pl/
">

Ale...jest jeszcze jeden. Do pary.
Producent polsatowskich "Pamiętników z wakacji”. Wyskoczyły mi w necie tuż obok Tysia i drugiego półpsrytnego.
Ojojojoj...Tu chociaż nie ma nic o obciąganiu i o otworach przeróżnych, ale za to są zwykli Polacy na wakacjach. Nie wiem już, co gorsze. Wiem na pewno, że nie pojadę do Lloret de Mar, i że na pewno nie chcę być zwykłym Polakiem na wakacjach. Nie wiem na jakich zasadach program działa, ale wiem, że działa na nerwy. Po Tysiu i Wolim , “Pamiętniki z wakacji” dobiły mnie na tyle, że rozważałam cięcie żył wzdłuż by nie dało się odratować.
O czym są "Pamiętniki”? No właśnie o niczym. Kompletnie o niczym. Bo czy "mięsny jeż ”wyśpiewywany przez bohatera jest pretekstem do produkcji telewizyjnej ?

Poziom dialogów bohaterów też raczej wskazuje na to, że powinni rozmawiać ze sobą szeptem, a nie przed kamerami. A w tym wszystkim Krzysztof Ibisz. Pam, pa ram, pam.
Bez komentarza.
Jest już dwóch do zatopienia. Boję się jednak, że szybko znalazłby się
trzeci i czwarty i kolejnych nastu.
Teraz rozumiem w pełni, dlaczego w domu moich znajomych nie ma
telewizora, a ich dzieci doskonale radzą sobie w życiu bez "X Factor'a".
Punkt Widzenia