Wydawnictwo Replika

Przyznam, że czekam na książkę, która rzetelnie opisze historię Polaków na Wołyniu. Od czasu do czasu ukazują się książki o rzezi wołyńskiej o tragicznym i haniebnie zapomnianym losie Polaków na Wołyniu. Pozostawiają one jednak niedosyt, który zrozumieć może każdy, w kim Wołyń nadal tkwi. W każdym, kto nie czując się już Wołyniakiem wie, że korzenie jego rodziny tkwią właśnie na Wołyniu. I każdy z nich nadal czeka na rzetelne opracowanie historii polskości na Wołyniu, każdy ma niedosyt po lekturze kolejnej książki, każdy nie może zapomnieć, iż w imię przyjaźni międzynarodowej zapomina się o dwustu tysiącach pomordowanych, wyżej ceniąc ofiary lasu katyńskiego. Wiem, że to słowa pełne goryczy, wiem, że ktoś może powiedzieć, iż są niesprawiedliwe, ale czy będzie mieć rację?

REKLAMA
Polacy na Wołyniu to temat, który podlega uproszczeniom zarówno przez historyków polskich, jak i ukraińskich. Obie strony w swoich opracowaniach sprowadzają polskość na Wołyniu do osadników wojskowych, którzy otrzymywali gospodarstwa w zamian za zasługi w wojnie z bolszewikami. Stanowisko ukraińskich historyków można zrozumieć – skojarzenie polskości z samymi osadnikami przekreśla korzenie wielu polskich rodzin, które zamieszkały na Wołyniu jeszcze w XVII i XVIII wieku. Dalczego jednak tą samą drogą idą historycy polscy?
Osadnicy wojenni siłą rzeczy wzbudzali zawiść i zazdrość tych, którzy od wielu lat mieszkali w wołyńskich wsiach. Na te odczucia przynależność narodowa nie miała wpływu. O ile bowiem rodowity Ukrainiec mógł przyjaźnie żartować polskim chłopem, którego rodzina od wielu lat zamieszkiwała podkowelskie wsie, o tyle osadnik traktowany był grzecznie, ale z rezerwę. Osadnika można było zaprosić na chrzciny czy wesele, ale nie chodziło się do niego z prośbą o sąsiedzką przysługę, osadnik bowiem „nie był nasz”, osadnik był tym „z panów”, jego rodziny nikt nie znał, jak więc takiemu zaufać? Wreszcie osadnicy cieszyli się pewnymi przywilejami niedostępnymi dla autochtonów. To musiało wzbudzać zawiść, która w konsekwencji przeradzała się w niechęć, podsycaną przez głupią politykę władz II Rzeczpospolitej wobec mniejszości narodowych. O tym jednak żaden z historyków nie napisze, nie powie tego nikt z rodziny polskich osadników na Wołyniu, pamiętają o tym jednak Wołyniacy „z dziada-pradziada”.
Marek Koprowski spisując relacje ocalałych z rzezi wołyńskich starał się upamiętnić martyrologię Polaków z Wołynia. Samo dotarcie do ośmiu osób pamiętających te trudne lata, spisanie ich relacji, ich opracowanie i zebranie w jedną książkę jest czymś godnym pochwały. To jednak, co z pozoru wydaje się siłą książki, jest jednocześnie jej słabością. Wspominanie tragicznych chwil nie leży w ludzkiej naturze. Nie chcemy pamiętać upodlenia i strachu, wolimy pamiętać chwile chwały, odwagi i bohaterstwa, wreszcie chcemy opowiadać o rzeczach, które pamiętamy, o tym, co jest w nas świeże. Tak więc w większości relacji sama rzeź zajmuje niewiele miejsca, ustępując szlakowi bojowemu 27 Wołyńskiej Dywizji AK i powojennym, często też tragicznym losom jego rozmówców. Niczym rodzynki w cieście odnajdujemy dwie relacje członków polskiej samoobrony z Przebraża, najsilniejszej polskiej placówce na całym Wołyniu i chyba jedynej, która inicjowała ewakuacje okolicznych polskich rodzin, a nawet prowadziła działania zaczepne wobec UPA, likwidując między innymi jej szkołę podoficerską . Zupełnie też nie mogę zrozumieć, jak można było obronę Huty Stepańskiej skwitować kilkoma zdaniami, dlaczego rozmówcy nie zwrócili uwagi na postępujące bestialstwo UPA w czasie rzezi, wreszcie dlaczego winą za rzezie obarczono tylko UPA, zupełnie zwalniając od odpowiedzialności ukraińskich chłopów, tak ochoczo idących z kosami i siekierami po „mijno”. W końcu dlaczego nie wspomniano choćby o oddziale partyzanckim Józefa Sobiesiaka, który zlikwidował kilka band UPA odpowiedzialnych za rzezie. Czyżby w tym przypadku zadziałała współczesna polityczna poprawność? Wiele podobnych pytań ciśnie mi się na usta. Czym można wytłumaczyć brak rzetelnego opisu martyrologii polskiej na Wołyniu, ucieczek polskich chłopów do Kowla czy Sarn, tragedii mieszanych polsko ukraińskich małżeństw, w których często brat bronił polskiego rodzica przed własnym bratem, mamy relacje z walk 27 Dywizji. Chyba tylko tym, że rodziny rozmówców Marka Koprowskiego były tak naprawdę obce na Wołyniu. Pusta karta nie została więc znowu zapełniona, może Marek Koprowski zapełni ją w Akcie II?