wydawnictwo Czarne

Historia księdza Romualda Waszkinela to opowieść o straconej szansie, szansie na odegranie historycznej roli w czymś, co zwykliśmy nazywać dialogiem judaizmu i chrześcijaństwa. Jednocześnie to opowieść o człowieku, którego tragedią było późne zaakceptowanie swej podwójnej tożsamości.

REKLAMA
Historia księdza Romualda zaczyna się w chwili, gdy jako niemowlę urodzone w getcie w małej miejscowości na Litwie dostaje szansę na przetrwanie. Wtedy to właśnie zostaje oddany polskiej rodzinie, otrzymuje nową tożsamość i nowych rodziców.
Pozbawiony zostaje jednak tego, co również ważne- świadomość własnej tożsamości. Brak tej świadomości zaważył na dalszym losie księdza Romualda. Kiedy bowiem, już jako człowiek dojrzały poznaje prawdę o sobie, nie potrafi się z nią pogodzić. Oczywiście już wcześniej ksiądz Romuald otrzymuje wyraźne sygnały, że jest coś w jego przeszłości, co nie zgadza się z relacją rodziców. Jego talent muzyczny, jego wygląd nie pasują do rodziców. Moment, w którym ksiądz Romuald dowiaduje się o swoim żydowskim pochodzeniu jest więc dla niego momentem tragicznym. Ukrywa to w sobie- jedyną osobą, której to wyznaje jest Jan Paweł II. Ksiądz Romuald wie, że może się zwierzyć ze swego pochodzenia komuś, kogo nie zna osobiście, ale o kim wie, że nie odrzuci go jedynie z powodu pochodzenia. Smutne to świadectwo dla znajomych księdza Romualda, smutne to świadectwo dla Kościoła katolickiego w Polsce, smutne świadectwo dla Polaków. Oto bowiem kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny ważne się staje pochodzenie etniczne, nie zaś sposób wychowania, wyznawana religia czy poglądy. Oto znowu liczy się mniej lub bardziej akceptowalny biologiczny przodek.
Smutne to również świadectwo dla samego księdza Romualda, który przecież wie, jakim jest człowiekiem. Czyżby nie miał zaufania do samego siebie? Czyżby bał się roli księdza katolickiego pochodzącego z narodu skazanego na unicestwienie? Czyżby wreszcie nie miał zaufania do samej Polski? Czy nie słyszał o ojcu Danielu czy kardynale Lustigierze? W ich przypadku rola katolickiego kapłana nie kłóciła się z tożsamością etniczną. Bo przecież w przypadku księdza Romualda chodzi o akceptację tożsamości etnicznej. Dlaczegóż akurat żydowskie pochodzenie musi przeszkadzać w kapłaństwie czy tożsamości Polaka? Na te pytania nie znajdziemy zapewne odpowiedzi, musimy sobie jednak uświadomić jeden podstawowy fakt- warunkiem akceptacji otoczenia jest nasza wewnętrzna akceptacja. Tej księdzu Romualdowi brakowało. A przecież w latach osiemdziesiątych demony poszukiwania inności były uśpione, wystarczyło powiedzieć głośno o swoim pochodzeniu- jakikolwiek atak, próba dyskredytacji ze strony choćby władz PRL-u byłaby postrzegana jako atak na Kościół. Kiedy wreszcie ksiądz Romuald zaakceptował siebie samego demony już zostały obudzone. Nasza demokracja dopuściła „dialog” uliczny z wypisywanymi na murach podłymi hasłami. Nagle każda możliwość dyskredytacji adwersarza stała się dopuszczalną bronią w walce politycznej. I na to właśnie nie był przygotowany ksiądz Romuald. Gdyby musiał zmagać się ze swoim pochodzeniem od dzieciństwa zapewne postrzegałby podłe hasła na murach jako swoisty koszt swego pochodzenia. Znosiłby je lepiej, nie brałby ich tak osobiście, nie prowokowałby do kolejnych swymi gwałtownymi reakcjami, wreszcie mógłby odegrać znaczącą rolę, nawet nie instytucjonalną, ale jako autorytet moralny, w procesie pojednania chrześcijaństwa i judaizmu.
Niestety stało się inaczej. Ksiądz Romuald w poszukiwaniu własnej tożsamości pogubił się nieco. Jego próba osiedlenia się w Izraelu również stała się porażką. Oto bowiem ktoś, kto tak naprawdę był logicznym następcą ojca Daniela Rufeisena, stał się archiwistą w Instytucie Yad Vashem.
Smutnym jest więc fakt, iż twardy kark księdza Romualda uniemożliwił mu wykonanie tej najbardziej, z punktu widzenia kapłaństwa, istotnej pracy- zmiany nastawienia ludzi, uczynienia świata choć w części, nieco lepszym.