Na uczelniach nadeszła pora egzaminów. Dla wszystkich jest oczywiste, że to bardzo trudny okres dla studentów. Trzeba wiedzę z całego semestru (a czasem i z całego roku) zebrać, uporządkować, przemyśleć, przyswoić - no i ZDAĆ. Ciężka sprawa! Mało kto poza samymi zainteresowanymi zdaje sobie jednak sprawę z tego, jak bardzo trudna jest taka sesja egzaminacyjna dla tych z drugiej strony katedry: dla egzaminatorów. A tymczasem ich zadanie i ich rola też jest niełatwa! I o tym właśnie, jak trudno jest przeprowadzić dobry egzamin, chcę dzisiaj Państwu opowiedzieć.

REKLAMA
Prowadzę wykłady w których uczestniczy czasem grubo ponad stu studentów. Nie ukrywam, że lubię to - wchodzę na salę, a tam siedzi tłum słuchaczy, którzy wierzą, że czegoś wartościowego się ode mnie dowiedzą. Taka wiara wykładowcę dosłownie uskrzydla!
logo
Ale potem trzeba zapłacić rachunek za tę euforię. Nadchodzi sesja i trzeba tych ponad stu studentów przeegzaminować.
Jak to zrobić?
Dawniej ambitnie przeprowadzałem egzamin ustny. Każdego studenta kolejno zapraszałem do swego gabinetu i w poważnej rozmowie, zadając wiele pytań i stawiając zadania do rozwiązania dokładnie sondowałem wiedzę egzaminowanego. Starałem się zbadać także to, czy potrafi on z tej wiedzy robić właściwy użytek. Czy tylko wie, czy w dodatku jeszcze rozumie? Czy na bazie wiedzy, jaką ja przekazałem, potrafi wydedukować coś więcej? Wydawało mi się, zwłaszcza po uzyskaniu tytułu profesora w 1986 roku (byłem wtedy jednym z 6 zaledwie tytularnych profesorów na Wydziale Elektrycznym AGH), że tak właśnie powinienem spełniać moje obowiązki. Student na prawo wiedzieć, że profesor traktuje poważnie - i jego samego i wiedzę, będącą przedmiotem egzaminu.
Ale potem przekonałem się, że etos profesorskiego tytułu, w który ja tak święcie wierzyłem, w powszechnym odczuciu po prostu nie istnieje! Dziennikarze wręcz lansują pogląd, że bycie profesorem to wręcz coś wstydliwego!
logo
Fragment felietonu z Gazety Wyborczej - 7 stycznia 2014 roku
W takim klimacie trudno oczekiwać, żeby student czuł się dowartościowany faktem, że profesor w osobistej obszernej rozmowie analizował stan jego wiedzy i traktując go po partnersku oceniał jego mądrość. Przeciwnie, taki starannie egzaminowany student będzie narzekał, że musiał czekać w długiej kolejce do egzaminatora i że pytania mu "nie podeszły". No bo gdyby dostał te pytania, które miał jego kolega pół godziny wcześniej, to by odpowiedział "śpiewająco" i zdobył piątkę - a tak to wydusił zaledwie mizerną trójkę.
Tutaj dotykam drugiego - obok dużej czasochłonności - mankamentu egzaminowania ustnego.
Otóż w czasie, gdy profesor w gabinecie przepytuje jednego lub kilku studentów - za drzwiami funkcjonuje "giełda".
logo
Każde zadane pytanie zostaje od razu się "spalone", bo odpowiedź na nie jest podawana z ust do ust i jest przyswajana przez wszystkich, także i tych, którzy z powodu "wiedzoodporności" nie byliby w stanie sami takiej odpowiedzi udzielić. Zaobserwowałem, że marni studenci często nawet nauczywszy się takiej poprawnej odpowiedzi - nie są w stanie zrozumieć, co naprawdę ta odpowiedź znaczy. Ale są skłonni domagać się bardzo kategorycznie uznania im tej odpowiedzi jako "zaliczonej" - no bo przecież kolega przed chwilą tak odpowiedział i dostał piątkę!
Czy wyobrażacie sobie Państwo, jak trudno jest wymyślić ponad trzysta niebanalnych pytań egzaminacyjnych? A przecież tyle właśnie potrzeba, jeśli egzaminuje się ponad stu studentów, a każdy powinien dostać przynajmniej trzy pytania, żeby zminimalizować efekt "loteryjki". Przy zadaniu tylko jednego pytania możliwe jest zawsze, że student dostanie pytanie na które akurat nie potrafi znaleźć odpowiedzi, chociaż generalnie jest dobrze przygotowany i na inne pytania odpowiedziałby zadowalająco. Jeszcze gorzej jest, jeśli jakiś szczęściarz dostanie akurat takie pytanie, na które potrafi odpowiedzieć (bo na przykład przeczytał odpowiedni fragment z notatek kolegi tuż przed wejściem na egzamin) - a o innych zagadnieniach nie ma bladego pojęcia...
To, że mówię o przypadku takiego "szczęściarza" jako o złej przygodzie egzaminacyjnej nie wynika z tego, że jestem sadystą i lubię studentom dawać złe oceny. Absolutnie nie! Ale egzamin nie służy do tego, żeby wykładowca pastwił się nad studentami ani do tego, żeby siać lęk w biednych studenckich sercach. Egzamin to sito, które powinno "odsiać plewy od ziarna". To "odsiewanie" musi być obiektywne i skuteczne. W naszym wspólnym interesie! Czy komuś z Państwa zależy na tym, żeby leczył go lekarz, który "przechodził" egzaminy bez stosownej wiedzy, tylko dzięki temu, że był wielkim szczęściarzem? A może ktoś z Państwa chciałby wyjść na górny balkon w dwudziestopiętrowym budynku wzniesionym przez inżyniera, który egzamin z wytrzymałości zaliczył na zasadzie szczęśliwej loteryjki przy minimalnej wiedzy, która w dodatku szybko "wyparowała" z niesfornej łepetyny?
No ale zadając każdemu studentowi kilka pytań - często zresztą więcej niż trzy, bo jak widzę, że student "pływa" i ma wiedzę "w kratkę" - naprawdę muszę nad nim trochę dłużej popracować. Przy inteligentnym i bystrym, ale niedouczonym studencie, sporego wysiłku wymaga stwierdzenie, co on w końcu umie i czego nie umie. I wymaga to zadania wielu pytań, bo ja na moich egzaminach nigdy nie stosowałem zasady, że jedna błędna odpowiedź - i dwója w indeksie. Jedynie saper myli się tylko raz - student ma prawo do błędu, pod warunkiem, że więcej jest tego, co umie, niż tego, czego nie umie. Ale za tą wyrozumiałość i życzliwość płacę jednak ja sam (tym, że egzamin przedłuża mi się niekiedy do późnej nocy), ale płacą też inni studenci, bo oczekiwanie w tym tłumie pod drzwiami przedłuża się wtedy także dla nich w sposób absolutnie nieprzyzwoity.
logo
"Giełda" pod salą egzaminacyjną.
Dla egzaminowanych studentów to nie tylko strata czasu, ale to także gorsza szansa na dobrą ocenę, bo gdy rośnie zmęczenie i zdenerwowanie, to studenci wchodzący do gabinetu marzą już tylko o jednym - żeby mieć to z głowy. Nie ukrywam, że po dziesięciu czy dwunastu godzinach egzaminowania ja też marzę o tym samym...
Mankamenty ustnego egzaminowania (zwłaszcza w dużych grupach studenckich) skłaniają do tego, żeby szukać rozwiązania alternatywnego. Dla wielu egzaminatorów takim optymalnym rozwiązaniem jest test.
logo
Trzeba tylko wymyślić mądre pytania i podchwytliwe odpowiedzi, wśród których jest ta jedna właściwa, pełna i poprawna, zaś inne muszą wyglądać w sposób wiarygodny i kuszący, ale muszą też zawierać jakiś błąd, który dobrze nauczony student dostrzeże i takiej odpowiedzi nie wybierze, a ktoś nie posiadający wymaganej wiedzy - wpadnie w pułapkę. Tak to wygląda w teorii.
Z praktyką różnie bywa...
Przyznam się, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem testów. Są liczne powody, dla których uważam, że ich stosowanie jako głównej metody egzaminowania studentów przynosi złe rezultaty. Tu wymienię tylko pierwszy z nich, o innych obszerniej napiszę być może innym razem. Otóż ten pierwszy powód mojej niechęci do testów jest taki, że testy nie mierzą tego, o co w akademickim nauczaniu naprawdę chodzi. Jaki jest bowiem cel uniwersyteckiego kształcenia? Na uczelni dążymy do tego, żeby studenci zdobyli wiedzę potrzebą im do tego, by na jej bazie uformowali swoją mądrość. Zatem egzamin powinien sprawdzać wiedzę studenta. Ale w tym miejscu warto się odwołać do przysłowia, które głosi:
Wiedza składa się z wiadomości, tak jak dom składa się z cegieł.
Ale sterta cegieł nie jest domem i kolekcja wiadomości nie jest wiedzą.
I cegły i wiadomości trzeba uformować, stworzyć z nich system. Budynek albo wiedzę. Pokazuje to poniższy rysunek.
logo
Na rysunku tym u góry pokazano etap gromadzenia wiadomości (analogiczny do dostarczania cegieł na plac budowy), etap formowania z tych wiadomości wiedzy (przy koniecznej aktywnej współpracy ze znającym problematykę nauczycielem), co odpowiada formowaniu z cegieł zrębów tworzonej budowli - oraz etap kontroli (wiedzy oraz domu).
Bowiem gdy się już dom wybuduje, to zanim się w nim zamieszka lub zanim się zacznie inaczej go eksploatować - trzeba zbadać, czy spełnia on określone wymagania. Czy jest wygodny, funkcjonalny, bezpieczny. Bez tak zwanego odbioru budynku użytkować nie można. Egzamin jest właśnie takim "odbiorem stanu wiedzy". Jeśli jest porządnie przeprowadzony - to dostarcza informacji potrzebnych do tego, żeby uznać, czy określona osoba tę wymaganą wiedzę posiada - czy nie.
Czy jednak testy mogą sprawdzać wiedzę? Niekiedy pewnie tak, ale zdecydowanie nie zawsze. Łatwiej jest bowiem sprawdzać konkretne, zwykle dość szczegółowe wiadomości. Dlatego kontrola kwalifikacji i kompetencji studentów za pomocą testów przypomina odbiór domu polegający na ocenie właściwości poszczególnych cegieł, płytek w łazience i klepek w parkiecie. Pars pro toto - część zamiast całości.
Nie popieram takiego sposobu kontroli wiedzy studentów, dlatego od szeregu lat przeprowadzam moje egzaminy w formie prac pisemnych. Studenci otrzymują trzy pytania (wszyscy takie same, więc nie ma elementu losowości) i samodzielnie piszą odpowiedzi. Pytania są tak formułowane, żeby sprawdzały stopień zrozumienia wiadomości, a nie stopień ich pamięciowego opanowania. Wadą takiego sposobu egzaminowania jest jednak to, że mam potem stos prac studenckich i perspektywę wielu godzin ich czytania, oceniania, analizowania...
logo
Ale po takiej "orce" ja naprawdę wiem, co umieją moi studenci i jak potrafią korzystać ze swojej wiedzy. Dlatego robiłem, robię i będę robił egzaminy pisemne z bardzo szeroko otwartymi zagadnieniami, do których studenci muszą się ustosunkować.
Ale czy zdołam do tego zachęcić moich Kolegów, egzaminujących setki studentów w zakresie dziesiątków różnych przedmiotów? Bardzo wątpię! Wypełnianie arkuszy testowych trwa przecież tak szybko, a ich sprawdzenie może być zautomatyzowane (komputer!) więc cały egzamin przy jego testowym sposobie realizacji przebiega sprawnie i bezboleśnie.
I jeżeli ktoś nad tym boleje, to tylko zepchnięta gdzieś do kąta mądrość, której tą metodą uformować się nie da. Ale kto by się tym przejmował!