Przegląd prasy z upływającego tygodnia okazał się całkiem interesujący, jak nie – zapożyczając liturgicznej nowomowy – „ubogacający” pod kątem kościelno-religijnym. Od tematu apostazji po zapowiadane „kościelne rewolucje” mieliśmy ostatnio w czym wybierać. Przyjrzyjmy się zatem pokrótce tej tragifarsie w trzech (f)aktach .

REKLAMA
O apostazji Janusza Palikota prasa rozpisała się od lewa do prawa. Pozytywnym skutkiem tego wydarzenia jest próba podjęcia – mniej lub bardziej otwartej – dyskusji nad świadomym członkostwem obywateli RP w Kościołach i związkach wyznaniowych. Na co zdać się może kolekcjonowanie w księgach parafialnych spisu „martwych dusz”, których nie staramy się w żaden sposób przebudzić, tylko skazujemy na piekło? Tomasz Terlikowski nie udzielił w moim odczuciu – jak przy wielu innych okazjach – zadowalającej odpowiedzi, a jego bigocki „obłęd w oczach” nie pomaga mu. Trudno zatem nie zgodzić się z ks. Lemańskim w tym, że jest on zupełnie nieprzekonujący. Wojny redaktorowi Terlikowskiemu nie ma zresztą sensu wytaczać, bo on i tak, choć polegnie, to ją wygra. Więc passons! Dalej!
Pierwszy (f)akt z niewiedzą w roli głównej
Przy okazji dyskusji o apostazji, zastanawia mnie błąd – chyba nie była to świadoma manipulacja? – popełniony przez niektórych uczestników dyskusji. Poseł Wicenty Elsner, na przykład, posuwa się do neosemantyzacji, czyli przypisania nowego znaczenia słowom, gdy definiuje apostazje, jako „wystąpienie z Kościoła rzymsko-katolickiego”. Tymczasem Słownik Języka Polskiego, podaje, że jest ona „odstępstwem od wiary, od wyznawanych zasad lub przekonań”. Trudno zatem mówić o apostazji, kiedy nigdy się nie wierzyło lub nie podzielało się danych zasad lub przekonań. Dlaczego zwolennicy „nowoczesnego, świeckiego państwa” odwołują się do znaczenia słów zapisanego w innych księgach (np. prawie kanonicznym) niż laickim słowniku?
Być może wypływa, to z ich niewiedzy; co wydawałoby się zresztą trafnym – i politycznie poprawnym – wytłumaczeniem. Bo czego spodziewać się można po reprezentantach podobno chrześcijańskiego społeczeństwa, które często nie widzi różnicy między wniebowstąpieniem Jezusa (święto chrześcijańskie) z wniebowzięciem Marii (święto wyłącznie katolickie)? A przecież w tak patriarchalnym i seksistowskim społeczeństwie jak nasze, w którym Agnieszka Graff może ad vitam aeternam tłumaczyć ministrowi sprawiedliwości czym jest gender, nie powinno budzić wątpliwości, że mężczyzna w-niebo-w s t ą p i ł, a kobieta mogła jedynie zostać w-niebo-w z i ę t a!
Drugi (f)akt: anachronizmy wchodzą na scenę
W każdym razie lider „nowej lewicy” wybrał właśnie święta wniebowstąpienia, żeby wywołać medialną burzę. Akt ten, wbrew temu co piszę Magdalena Środa, nie miał w sobie nic Lutrowskiego. Bo jak zaznaczył pentekostalny (zielonoświątkowy) pastor – o dziwo w artykule dla Fronda.pl – ks. dr Marcin Luter z Kościoła rzymskokatolickiego nie wystąpił. Lecz nie dlatego, że nie chciał. Dlatego, że ciężko mówić formalnie o Kościele rzymskokatolickim przed Trydentem (1545-1563). Byłaby to „drobna nieścisłość”, jeśli nie spory anachronizm…
Anachronicznym myśleniem najwidoczniej wykazał się również pewien rzymski duchowny, obywatelstwa polskiego, służący w austriackiej parafii w Stützenhofen. Nie spodziewał się bowiem, że jego „wiejscy” parafianie mogą okazać się do tego stopnia postępowi, żeby wybrać do rady swojej parafii osobę żyjącą w niesakramentalnym, choć formalnym związku. A do tego niezróżnicowanym płciowo. Wyboru dokonanego przez parafian proboszcz nie chciał przyjąć, ani do świadomości, ani do odpowiedniego rejestru.
Ów pleban musiał poczuć się jeszcze bardziej zaskoczony, gdy jego przełożony, koniec końców, nie przyznał mu racji i w „zboczeńcu” zobaczył człowieka. Może motto „niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna” odzwierciedla przede wszystkim nasz sposób myślenia – o czym świadczyłyby „rytualne narzekania” na krakowskie poczynania człowieka z Biłgoraja. Zawiłą historię niezbyt zacisznego Stützenhofen opisała jasno i dokładnie Beata Dżon.
Trzeci (f)akt ze wścibskim zakończeniem
U nas natomiast głośno może sie zrobić, gdy „kościelna rewolucja” zapowiedziana przez jeden z najpoczytniejszych polskich dzienników dojdzie do skutku. Wówczas, informuje gazeta, ciężarne kobiety sakramentu małżeństwa nie otrzymają. Zastanawiam się tylko, jak warunek ten będzie egzekwowany. Czy kryterium kontrolnym stanowić będzie zaokrąglony brzuszek przyszłej matki czy donoszony co jakiś czas w trakcie przedłużającego się okresu nauk przedmałżeńskich negatywny test ciążowy? Bo nawet jeśli przyjmiemy, że „nikt domagać się nie może ceremonii ślubnej”, to chyba może domagać się poszanowania własnej prywatności?
I czyż to nie był „ubogacający” tydzień? Rzecz jasna religijnie. Aż się chce wiedzieć co nas czeka w przyszłym tygodniu...