Problemy społeczne odnoszące się do kwestii światopoglądowych są bagatelizowane, spychane na drugi plan, nazywane „drugorzędnymi”, a to głównie przez rządzących lub osoby znajdujące się po prawej stronie sceny politycznej. A przecież to są bardzo ważne kwestie – odnoszą się do naszej codzienności, dotyczą nas bezpośrednio.
REKLAMA
O tzw. sezonie ogórkowym mówi się i pisze lekceważąco lub wręcz z pogardą. Bo to taki okres, kiedy nic się nie dzieje, „elity” udały się na Bermudy lub, od biedy, do Juraty, aby poopalać tłuste brzuchy. Na wierzch wypływają głównie błahe sprawy. A ważne są przecież tylko te dotyczące zaciskania pasa przed regularnie powracającym kryzysem ekonomicznym. Krucyfiks w sejmie, in vitro czy związki partnerskie, to przecież tematy zastępcze. Nie dla mnie.
Żeby zachować panujący porządek społeczny tematy te najlepiej wyśmiać lub zlekceważyć. Dla zwolenników statusu quo obalanie stereotypów, obnażanie fantazmatów i „odmitologizowanie mitów”, to działania niebezpieczne, a przez to niepożądane. Jak pisała Gabriela Zapolska w Moralności pani Dulskiej: „Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział”. Takie podejście daje jednak odwrotne skutki od pożądanych – taplamy się w błocie podwójnej moralności i odgradzamy się „świętą tradycją” niczym komórki nowotworowe.
„Święte oburzenia” szybko wzbudziła przełomowa okładka ostatniego „Newsweeka”. Orędownicy dobrych obyczajów i obrońcy tradycyjnych wartości podnieśli larum. Bo – wiadomo – „normalna” rodzina, to chłopak i dziewczyna! A jeśli z dzieckiem, to koniecznie po ślubie, i to kościelnym. Cywilny przecież się nie liczy! Choć ślub bierze się po to, żeby miał konsekwencje właśnie cywilnoprawne...
Dziecko potrzebuje matki i ojca, słyszymy. I nikt chyba temu nie zaprzecza. Na przestrzeni dziejów rodzina przyjmowała jednak różne formy, a wśród nich ta zwana „nuklearną”, to tylko jeden jej wariant. Od dziesiątek lat wychowujemy się w różnych rodzinach – monoparentalnych, zrekonstruowanych, patchworkowych, wielopokoleniowych itp., a świat nie ma się gorzej. Wręcz przeciwnie!
Opinia, że monogamiczne małżeństwo kobiety i mężczyzny z potomstwem należą do porządku stworzenia – że są to sprawy „naturalne” i „tradycyjne” – jest twierdzeniem ryzykownym i, w gruncie rzeczy, nieprawdziwym. W Starym Testamencie znajdujemy osiem typów małżeństw. Niektóre z nich byłyby dziś dla nas nie do zaakceptowania i określilibyśmy je mianem „patologicznych”, jak na przykład to między gwałcicielem, a jego ofiarą (por. 5 Mż 22,28-29).
Natomiast autorzy Nowego Testamentu pisanego z perspektywy nadchodzącego nowego porządku świata („Królestwa Bożego”) – gdyby tak księgi te czytać dosłownie jak chcieliby tego „chrześcijańscy talibowie” – w ogóle dystansują się od instytucji małżeństwa, a koncepcje rodziny rozszerzają do społeczności wierzących. Dla Apostoła Pawła najlepiej żyć w bezżeństwie (celibacie), a życie w związku jest ostatecznością. W skrócie: „dobrze jest jeżeli mężczyzna nie dotyka kobiety”, ale jeżeli już musi „to niechaj ma swoją żonę”, a kobieta „własnego męża” (1 Kor 7,1-2). Na pytanie kto jest Jego rodziną Jezus na kartach Ewangelii Markowej odpowiada: „Ktokolwiek czyni wolę Bożą, ten jest moim bratem i siostrą, i matką” (Mk 3,35).
Z „tradycyjną” rodziną bywa różnie. Dziwnym trafem to w niej dochodzi do przemocy rodzinnej, do karygodnych czynów pedofilskich czy gwałtów małżeńskich. Nawiasem mówiąc w sprawach rodzinnych nieortodoksyjnymi obyczajami kierował się biskup Rzymu Aleksander VI i wiemy to nie tylko dzięki serialowi Rodzina Borgiów... Krótko mówiąc: „Co chatka, to zagadka”. Panom z Frondy fakt ten jakoś nie zdaje się zbytnio przeszkadzać – byle „w domu po kryjomu” i wszystko będzie cacy, czyż nie?
W relacjach międzyludzkich najwidoczniej sama forma, sama etykieta „tradycja” jednak nie wystarczają. Potrzebne jest coś jeszcze. Ale co? Na to pytanie nasi narodowi talibowie odpowiedzieć chyba nie zdołają, wolą sączyć jad, ranić, stygmatyzować, nawoływać do nienawiści; jednym słowem wspierać uniemożliwianie innym życia w tych, i tak już ciężkich warunkach.
„Oj, czasy! czasy nastały. Ani paszy dla bydła, ani uczciwości ludzkiej” (Tadrachowa w Moralności Pani Dulskiej, Akt III, Scena 7).
