Na fotografii Zbyszka Siemaszki, znalezionej w albumie "Warszawa. Ballada o okaleczonym mieście", para młodych ludzi (zapewne świeżo po ślubie, bo bez ślubu nie było wówczas szans na wspólny przydział) pieczołowicie sprząta swoje muranowskie gniazdko. Ona, przysiadłszy na przykrytym narzutą tapczanie, wyciera z kurzu obrazek, który za chwilę ozdobi wnętrze. Popatruje przy tym na niego, klęczącego na podłodze u jej stóp i zawzięcie froterującego prawdziwy, ułożony w jodełkę parkiet.

REKLAMA
Podpis: „Małe, ciasne, ale własne. W zburzonym mieście nawet maleńkie mieszkanie na Muranowie było w latach 50. szczytem marzeń. W pokojach kładziono sosnowe lub dębowe deski podłogowe. Lakierów do parkietu jeszcze nie znano. Pozostawały rozpuszczalniki, pasta do podłóg i mozolne froterowanie. Przed świętami na klatkach schodowych unosił się zapach pasty”.
Inni lokatorzy nowego Muranowa, pozujący do zdjęć w dopiero co zasiedlonych mieszkaniach, też wyglądają na zadowolonych. To nie są burżuazyjne salony, tylko prawdziwe domy dla ludu. Wystarczy rzut oka na twarze i wnętrza, by domyśleć się pochodzenia ich właścicieli: jedyna półka w kuchni pracownicy Spółdzielni Tekstylno-Bieliźnianej Zofii Zając, przykryta czymś na kształt serwetkowej wycinanki, dźwiga pokaźną kolekcję cynowych garnków. Na żonę obywatela Ziółkowskiego, kamieniarza, troskliwie poprawiającą rozrośniętą roślinę doniczkową, popatrują ze ściany dwa święte obrazki. Gdy obywatel Stanisław Grudzień pochyla się nad ustawionym przy oknie akwarium, jego małżonka Zofia, uśmiechając się szeroko do fotografa, robi przepierkę, manewrując tarą we wnętrzu wielkiej balii. W tym samym pomieszczeniu, wyglądającym na wspólną kuchnię, rozłożysta współlokatorka w fartuchu pichci coś na elektrycznym prymusie. (– Tak, były wspólne kuchnie, jedna na dwie rodziny – przypomina sobie Jolanta Błaszczyk, której rodzice sprowadzili się na Muranów w pięćdziesiątym drugim. – Pod oknem duża szafka, na środku gazowe palniki na żelaznym stelażu, obok metalowa kuchnia na nóżkach. Na lodówkę brakowało już miejsca).
To są prawdziwi osadnicy, niezgrabnie krzątający się po jeszcze pustych wnętrzach, oszołomieni nowością i bielą ścian. Nie przeszkadza im wszechobecny kurz i pył, po pierwszych deszczach zmieniający się w błoto, w którym grzęzną codziennie, wracając do domów, wyboje, brak gazu, prowizoryczne drewniane kładki zastępujące schody, walające się między budynkami śmieci, brak sklepów. Niektórzy, po raz pierwszy zetknąwszy się z takimi nowinkami technicznymi jak wanna w łazience, wykorzystują ją jako pakę na węgiel, kojec dla kur czy klatkę na króliki. Przeszłość, jak dla wszystkich pionierów, ma dla nich niewielkie znaczenie. Liczy się lepsze jutro. A przede wszystkim – jak dać sobie radę z teraźniejszością.
logo
Fot. Zbyszko Siemaszko. Zdjęcie pochodzi z książki-albumu "Warszawa.Ballada o okaleczonym mieście", Wydawnictwo Baobab & Polska Agencja Fotografów, 2006 r.
A na pionierów czekały bloki oznaczone tak, że widok przybywających w odwiedziny gości, kręcących się nerwowo po całym osiedlu w poszukiwaniu właściwego adresu, spowszedniał i nie robił już na nikim wrażenia. Nawet listonosze drapali się w głowy, znajdując blok numer 113 za blokiem numer 12 albo odkrywając, że blok 69 sąsiaduje z budynkami oznaczonymi 150, 151 i 151b. Kobiety, idąc na zakupy, prosiły starsze dzieci, żeby stały w oknach, bo inaczej trudno byłoby im trafić z powrotem do własnej klatki skrytej wśród jednostajnie różowosinych murów, ciągle zasłoniętych rusztowaniami.
Czekały pokoje wąskie jak wnętrze tramwaju, wyzwalające inwencję nawet u najmniej biegłych w sztuce urządzania wnętrz. Kombinowali, jak by tu wypełnić je skromnym zbiorem mebli, tak żeby zostało jeszcze miejsca na nich samych i rodzinę. Czekały niedomykające się okna i drzwi, szerokie szpary w podłogach, zacieki na nowych tynkach wewnątrz dusznych klatek schodowych, w których lokatorzy sami przebijali nad drzwiami kanały wentylacyjne. Wilcze doły w postaci desek przerzuconych nad wykopami, przysypane śniegiem.
Nie czekały zaś obiecane centralne pralnie i suszarnie. Podobnie jak specjalnie dobrane do podłoża, starannie wyselekcjonowane przez projektantów drzewa, krzewy i trawy, które miały rosnąć na gruzowych tarasach. Brakowało też strychów, więc pranie rozwieszano w mieszkaniach albo w oknach. Sznurki z bielizną kołysały się na wietrze, upodabniając przejścia między blokami obcego wielkiego miasta do swojskiego krajobrazu rodzinnych wsi.
logo
Fot. Zbyszko Siemaszko. Zdjęcie pochodzi z książki-albumu "Warszawa.Ballada o okaleczonym mieście", Wydawnictwo Baobab & Polska Agencja Fotografów, 2006 r.

Muranowski człowiek, jak przystało na Nowego Człowieka, był cierpliwy i uparty. Ciesząc się, że ma dach nad głową, brnął codziennie przez błoto do swojego ciasnego, nagrzanego słońcem mieszkania, po drodze wspinając się na góry piasku i uważając, żeby nie wpaść do dołów z wapnem. Oswojony podczas wojny z widokiem śmierci, krwi i gruzu, znosił długo widok różowosinych fasad, dzieci taplających się w kałużach (zaplanowane place zabaw jakoś nie mogły powstać), dezorientującą gości numerację, brak sklepów, kawiarni, chodników i budek telefonicznych. Zamiast z podwenecką wyspą, „Muranów” kojarzył mu się z nieustającym murowaniem, wieczną prowizorką i coraz to nowymi niedoróbkami wychodzącymi na jaw. Aż wreszcie, mniej więcej rok po odebraniu kluczy przez Klapińskich, Koryckich, Ziółkowskich i Woźniaków, cierpliwość pionierów się wyczerpała. Zaczęli mieć dość nocnych hałasów maszyn budowlanych, rozbłysków palników acetylenowych i gruzu na jezdniach, którymi ciągle biegły tory wąskotorówek dowożących cegły i wapno wagonów. Teraźniejszość doszła do głosu szybciej, niż się spodziewano.
Nie wiadomo, kto pierwszy napisał list do władz, i czy w ogóle napisał, skarżąc się zwłaszcza na przygnębiający wygląd bloków. Władze miały wprawdzie inne sprawy na głowie (właśnie ruszał plan sześcioletni razem z pierwszą wymianą pieniędzy), ale przyjmowano też założenia nowej religii – realizmu socjalistycznego, do którego Lachertowy eksperyment nijak nie pasował. Tym samym, zupełnie przypadkiem, narzekanie muranowskiego człowieka trafiło na podatny grunt.
Beata Chomątowska
Fragment książki o Muranowie, miejscu-po-getcie - "Stacja Muranów", która ukazuje się nakładem Wydawnictwa Czarne 17 października.
logo