REKLAMA
18. listopada 1965 roku polscy biskupi podpisali słynny historyczny list do biskupów niemieckich, głównym autorem listu był arcybiskup Wrocławia Bolesław Kominek, a 24. listopada list został przekazany episkopatowi Niemiec wraz ze słowami - Fecimus quo potuimus („Zrobiliśmy, co mogliśmy”). List w swojej części historycznej podkreślał ogrom krzywd i zbrodni, jakich Polacy doznali od Niemców zwłaszcza podczas II wojny światowej, ale zwracał uwagę także i na to, że byli w III Rzeszy odważni i bohaterscy niemieccy przeciwnicy Hitlera, którzy często motywowani Ewangelią przeciwstawiali się fali zbrodni i nienawiści, wśród nich kardynałowie i księża czasami, jak ksiądz Bernhardt Lichtenberg, płacąc za swoją postawę najwyższą cenę. Autorzy listu przypomnieli także niemieckie krzywdy i cierpienia związane z powojennymi wysiedleniami Niemców. List zawierał bardzo odważne, w tamtych warunkach, gdy pamięć o niemieckich zbrodniach, wojnie i okupacji była dla wielu ludzi jeszcze dość żywa, sformułowanie - udzielamy wybaczenia i prosimy o nie. To sformułowanie często jest przedstawiane w skrótowej wersji - przebaczamy i prosimy o przebaczenie. Był to jeden z najpiękniejszych rozdziałów w powojennej historii Kościoła w Polsce, w przeciwieństwie do czarnej karty, która istotna część Kościoła i biskupów zapisuje obecnie. Komuniści postanowili wykorzystać nadarzającą się okazję i rozpętali nagonkę wymierzoną w cały Kościół, ale szczególnie w Prymasa Stefana Wyszyńskiego jednego z najwybitniejszych reprezentantów zarówno polskiego jak również powszechnego Kościoła, a także wielki autorytet moralny i pośrednio także polityczny. Akcja ta musiała być podjęta przez Władysława Gomułkę, a jego osobiste zaangażowanie nie pozostawia wątpliwości, że I sekretarz KC PZPR był osobiście zainteresowany w jej rozpętaniu i kontynuowaniu. W każdym razie Orędzie biskupów okazało się znakomitą okazja.
Jak pisze historyk i publicysta Andrzej Micewski sprawa niemiecka "była najlepszym pretekstem do tego, by sympatie społeczeństwa odwrócić od Kościoła. Poza tym wielka kampania antykościelna była wymierzona w cały program roku 1966, w Tysiąclecie Chrztu Polski."(A. Micewski, "Kardynał Wyszyński prymas i mąż stanu", Paryż 1982 r.). Nagonka była bardzo gwałtowna i przekraczała wszystko to, co charakteryzowało dotychczasową dość umiarkowaną po 1956 roku w swojej wrogości do Kościoła i religii politykę władz. Prasa, radio (rola telewizji była jeszcze znikoma) pełne były artykułów piszących o "zdradzie, hańbie, targowicy", "pytających w czyim imieniu i za czyje pieniądze?". "Spod czyjego pióra wyszła ta akceptacja oszczerczej rewizjonistycznej tezy o cierpieniach milionów niemieckich uchodźców i przesiedleńców?", "Nie zapomnimy, nie przebaczymy. Episkopat splunął w twarz Narodowi. Chciałabym wiedzieć jakie konsekwencje można wyciągnąć w stosunku do tych ludzi (biskupów) za tak haniebny krok?". (Beata Maciejewska, "Udzielamy przebaczenia i prosimy o nie", "Gazeta Wyborcza", z dn. 16-22 2015 r. ). W listach do gazet czytelnicy pytali, kiedy prymas i biskupi zostaną aresztowani, a 7. stycznia 1966 roku Urząd Rady Ministrów poinformował sekretarza Episkopatu Polski biskupa Zygmunta Choromańskiego, że Prymas Wyszyński nie otrzyma paszportu do Rzymu. Tej decyzji jedynej chyba represji o charakterze administracyjnym towarzyszyły zajadle antykościelne wystąpienia premiera Józefa Cyrankiewicza i Władysława Gomułki, który obok ataków na kardynała Wyszyńskiego poświęcił znaczną część swojego wystąpienia atakom na redaktora Jerzego Turowicza i wybitnego historyka emigracyjnego Oskara Haleckiego (książkę o historii Polski autorstwa Haleckiego biskupi dołączyli do listu do biskupów niemieckich, co było znakiem sprzeciwu wobec krajowej cenzury szczególnie dokuczliwej dla historyków).
Wydawać się mogło, przynajmniej w pierwszym momencie, że tym razem Kościół przegra pod względem wizerunkowym, a sympatie narodu przesuną sie w stronę PZPR i osobiście Gomułki. Dobrze pamiętam dramatyczne rozmowy i dyskusje w tamtym czasie, gdy rozpaczliwie usiłowałem przekonywać, że to biskupi mają rację. W całej Polsce odbywały się zebrania i różnego rodzaju masówki, na których uchwalano potępiających biskupów apele i rezolucje. Masówki odbywały się w dużych zakładach pracy, ale także, szkołach, szpitalach, przychodniach, jednostkach wojskowych, spółdzielniach, domach wczasowych, kołach gospodyń wiejskich, właściwie wszędzie. Takie zebranie zostało przez uczelnianą POP (Podstawową Organizację Partyjną) Uniwersytetu Łódzkiego zwołane także w akademiku w Łodzi. Miałem wówczas 21 lat i byłem studentem IV-go roku biologii na Uniwersytecie Łódzkim, byłem także uczestnikiem Duszpasterstwa Akademickiego w Łodzi przy kościele ojców jezuitów i postanowiłem z jeszcze jednym kolegą z tego Duszpasterstwa iść na to zebranie i bronić biskupów. Trudno powiedzieć, co za to groziło, raczej nie uwięzienie, ale mogło grozić wyrzucenie z uczelni. To nie było mało. Na zebraniu przy pełnej sali, w obecności znanych na uczelni działaczy partyjnych i lektora z KW zgłosiliśmy rezolucję popierającą biskupów, sprzeciwialiśmy się antykościelnej nagonce, jednym słowem walczyliśmy w obronie szkalowanego Kościoła. Na szczęście na wiec przyszedł jeszcze jedne student z Wydziału Prawa, który w ogóle wykorzystał ten wiec do kwestionowania naszych granic, zwłaszcza wschodnich i domagał się granicy przedwojennej. Na tym tle byliśmy "gołębiami" i to być może nas ocaliło. Oczywiście rezolucja potępiająca została uchwalona, ale nie jednogłośnie, a ja po spotkaniu odbierałem gratulację, wyrazy solidarności i słowa otuchy, od kolegów i koleżanek, bojących się, czy mi się nic nie stanie. W następnym roku skończyłem studia i zostałem na uczelni. To już nie były na szczęście czasy stalinowskie.
Było to moje pierwsze publiczne wystąpienie, od którego jestem w polityce już nieprzerwanie pięćdziesiąt lat. Malowałem napisy na murach i pomnikach przyjaźni polsko-radzieckiej, wysadzałem pomniki i zrywałem tablice, byłem w podziemiu i więzieniu, kolportowałem ulotki, pisałem do podziemnej prasy, wydawałem w podziemiu gazetki i książki, jedną napisałem, chodziłem na manifestacje, prowadziłem wykłady w kościołach, byłem w "Ruchu", ROPCiO, współpracowałem z KOR-em, współorganizowałem i prowadziłem na uczelni oraz w regionie NSZZ "Solidarność", internowany w stanie wojennym, znowu w podziemiu, potem w Sejmie i tak już zostało. Ale początkiem tej drogi był tamten studencki wiec w obronie orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich i to była jedna z tych kropli w rzece, która dopłynęła do Wolnej Polski.