To kwestia faktów. Nie przypominam sobie w moich wypowiedziach publicznych z czasów pracy jako duchowny katolicki wygłaszania poglądów heretyckich. Pani Marta Pawłowska w Na Temat napisała tymczasem, że Bartoś "podważał zasadność (...) niektórych dogmatów".
REKLAMA
Pani Marta Pawłowska nie jest blogerką Na Temat, napisała więc tekst "Bartoś zrzucił habit, Lemańskiego zesłali na koniec świata, a Boniecki dostał zakaz wypowiedzi. Los buntowników Kościoła" w imieniu redakcji Na Temat. W artykule tym nie znalazły się informacje, których dogmatów zasadność podważałem, ani uzasadnienia tych stwierdzeń. Tego zabrakło w artykule Pani Pawłowskiej, i nie jest to brak bez znaczenia. Rzuca bowiem bezpodstawny cień na moje funkcjonowanie w tamtych czasach.
To jedna sprawa. A druga to fakt, iż w tradycji Kościoła czymś innym jest odrzucanie dogmatów, a czym innym jest dyskusja nad ich rozumieniem, interpretacją, adaptacją do nowych czasów. Tak starałem się postępować, przywołując katolickich teologów w Polsce przez dziesiątki lat nie drukowanych (sic!), którzy przygotowali Sobór Watykański II i wypracowali ten styl odnowy (aggiornamento) myślenia o katolickiej nauce.
To, że w Polsce mało kto używa tego rozróżnienia, że raczej woli się styl nagonki, że oto heretyk, że oto burzyciel, nie oznacza, iż należy bezkrytycznie poddawać się takiej manierze. Niezdolność różnienia się, dyskusji, sporu, dotyka całe nasze społeczeństwo, a jednym ze źródeł jest autorytarna mentalność generowana przez katolicyzm. Albo z nami zgadzasz się ze wszystkim, albo won. Dlatego właśnie z chęcią usłyszałbym jakie dogmaty podważałem. By nie okazało się, że przesłanie, wydźwięk, wymowa artykułu Marty Pawłowskiej bezwiednie afirmuje polsko-katolickie "won".
Nie przypisuję Pani Pawłowskiej złych intencji, to byłoby nadużycie. Idzie mi raczej o pewną niestaranność, podtrzymującą wygodny dla moich prawicowych przyjaciół stereotyp o rzekomej mojej walce z dogmatami kościelnymi. Nic bardziej błędnego. Ja przy pomocy właśnie uznanej tradycji kościelnej, m.in. teologii Tomasza z Akwinu, wykazywałem odejście od niej we współczesnym funkcjonowaniu katolicyzmu. Sądzę też, że moje racje były silne, a pośrednim dowodem na to bezsilna wściekłość moich oponentów, nie potrafiących wejść w merytoryczny spór, jedynie wyładowujących swoje emocje, jakby emocje były argumentem w dyskusji. W tekście Pani Pawłowskiej jest niemało przykładów takich uczuciowych eskapad. Choć to jedynie skromny wybór.
