Utkwiło mi w pamięci jedno spotkanie z założycielem Znaku.

REKLAMA
Bardzo dawno temu, pewnie w 1989 roku było zebranie w klasztorze dominikanów w Krakowie, pewnie komitetu obywatelskiego, albo innego analogicznego ciała opozycyjnego, który pewnie dyskutował o tym, co począć (okrągły stół itp.). Jacek Woźniakowski stał w krużgankach, my młodziutcy mniszkowie, robiliśmy za gapiów. Nagle Jacek Woźniakowski podszedł do nas i zaczął roztrząsać w rozmowie z nami rozmaite warianty tego, co będzie, co może być, co robić. I to dla mnie, przyznam szczerze było lekkim szokiem. Oto figura nie byle jaka na poważnie rozmawia z młodzikami, niedorobionymi zakonnikami, czymś pomiędzy byciem niczym a byciem księdzem. Dziwna bezpośredniość, spontaniczność. To pewnie nic nadzwyczajnego, ale żyjąc w świecie zaludnionym przez nadętych muminów, było przyjemnym i zaskakującym konfliktem poznawczym. Ciekawy typ człowieka.
Łatwo byłoby go skontrastować z innymi krakowskimi wielkimi figurami. Ostatnio byłem na imprezie muzycznej, był Gowin, znaliśmy się z jakichś spotkań. Głowa zadarta, nikogo nie widzi (może dlatego, że wysoki), mnie oczywiście też nie zauważa, choć starałem się, bez specjalnej nachalności, ale jednak, jakoś wedrzeć w horyzont jego gałek ocznych. Ale zostawmy Gowina (niech mu ziemia lekką będzie), cieszmy się, że mieliśmy przez tyle lat Woźniakowskiego.