Aż przerażony jestem skalą wyzwania, które niedawno podjąłem. Jednocześnie rzucić palenie, alkohol, kawę, a do tego nie tylko rzucić, ale jednocześnie zrzucić - 5 kilogramów.

REKLAMA
Jestem przerażony nie dlatego, że może mi się nie udać. Boję się, że choć mi się uda, nie osiągnę tego, co jest prawdziwym celem - a jest nim pobicie rekordu w maratonie.
Rzucić palenie i zbijać wagę? Nie da się, powie wielu. Akurat tutaj problem jest najmniejszy. U mnie tak to nie działa. Gdy biorę (brałem) do ręki kieliszek wina, aż się prosiło o papierosa, więc zapalałem. Gdy zapalałem, aż się prosiło o kieliszek wina. Gdy wypijałem już dwa albo trzy, dochodziłem do wniosku, że na pusty żołądek, to tak nie wolno. Trzeba coś zjeść. Więc zjadałem. Około godziny 22, 23 wiadomo co to oznacza. Teraz więc mam z głowy (z brzucha) kalorie alkoholowe i te z jedzenia "pod alkohol".
Rzucanie palenia nie tylko więc nie utrudnia zrzucania wagi, ale je ułatwia. Rzucenie picia nie tylko nie utrudnia rzucenia palenia, ale je wspomaga. Kawa? To już drobiazg. Szybko zorientowałem się, że w kawie nie idzie mi o kawę. Kawa była jedynie fragmentem rytuału.
Poranna kawa, a więc także papieros. Ale gdy nie palę, po diabła mi kawa? Kawa a maraton? A jest tu związek, jak najbardziej. Kawa(podobnie jak wino, zwiększa zakwaszenie organizmu. Jeśli na przykład ktoś ma(ja mam) problemy z Achillesem, to są one i za sprawą alkoholu i kawy, herbaty zresztą też, bardziej odczuwalne.
Teraz o rezultatach. Nie palę od miesiąca. Nie piję od dwóch tygodni. Waga leci w dół i - uwaga - nieuchronnie zbliżam się do swej wagi z klasy maturalnej (85 kilogramów).
A teraz o związku palenia i diety z wynikami w maratonie. Z paleniem, cóż, ciężko jednoznacznie powiedzieć. Ostatnio w "Gazecie Wyborczej" przeczytałem, że rzucenie palenia oznacza, że ktoś kto biega maraton w 4 godziny, przebiegnie go 25 minut szybciej. Sorry, kompletnie tego nie kupuję. Nie mówię, że poprawy nie ma. Ale skąd te 25 minut? Nie ma absolutnie żadnych badań, które by to potwierdzały.
Z drugiej strony, lekarze, z którymi rozmawiałem, twierdzą, że nawet jeden zapalony papieros obniża naszą wydolność, bo "odwrażliwia" końcówki naczyń krwionośnych, o wielkich skutkach dla płuc nie wspominając. Lepiej więc nie przeliczać fajek na minuty, ale wyjść z założenia, że niepalenie na pewno nie szkodzi. Jeszcze jedno, zdaniem lekarzy pełne wyczyszczenie organizmu palacza wymaga roku bez papierosa. Miesiąc to chyba mniej niż rok. Z drugiej strony miesiąc bez palenia, to już tylko 11 miesięcy do mety.
A teraz waga. Przeczytałem kiedyś w magazynie Runners World, że zrzucenie 5 kilogramów oznacza skrócenie czasu maratonu o osiem minut. No pięknie by było, ale i tu jestem sceptyczny. Na pewno gdy zbija się wagę, ale z głową, a nie bez głowy, kroczek po kroczku, a nie radykalnie, biega się szybciej. O ile? Pewnie różnie.
Nie chcę brzmieć jak neofita, bo neofici są fanatyczni, a więc mają skłonność do przesady. Nie powiem więc o żadnych cudownych efektach moich zobowiązań. Nie są cudowne - czuję po prostu lepiej. Nie będę prowadził kampanii przeciw palaczom i pijącym alkohol, bo nikt mnie
już nigdy nie przekona, że papieros do wina wieczorową porą nie jest przyjemny. Jest. Nie będę też deklarował, że pożegnałem się z paleniem i z winem definitywnie. Pewnie nie.
Na razie prowadzę po prostu swój eksperyment, zachowując pokorę co do jego efektów. Jak złamię owe 3.10, co jest moim celem, będę pewnie bardziej entuzjastycznie nastawiony do całej operacji. Jak nie, to będę zły, odkorkuję pewnie wino i sobie zapalę. A może nie.
Nie wchodząc więc w szaty wojownika walczącego z używkami i z palaczami stwierdzam tylko jedno - czuję się lepiej, biega mi się lepiej, wydaje mi się, że na trasie też będzie lepiej. I dość już tego pisania o piciu i paleniu, bo zaczynam się denerwować i za chwilę zapalę. Nie zapalę. Nie dziś i nie do 28 września, czyli do dnia Maratonu Warszawskiego.
A potem? A cholera wie.