Przed maratonem warszawskim, upodabniając się do mnicha, nie piłem, nie paliłem, nic wbrew zasadom zdrowia nie czyniłem. Efekt? Zamiast wymarzonego 3.09.59 - 3.19 z groszami.

REKLAMA
Gdy nadzieje zawiodły, musiała zostać zrewidowana taktyka. Tym bardziej, że zgodnie z ustaleniami sprzed maratonu, jak się nie uda w Warszawie, to poprawka cztery tygodnie później we Frankfurcie.
Trudno w ciągu czterech tygodni zrewolucjonizować metody treningowe. W związku z tym zastosowałem taktykę najprostszą - relaks plus rozrywka. Jeśli wytrenowałem co miałem wytrenować, to w 4 tygodnie ani kondycji, ani szybkości nie poprawię. Ale mogę odpocząć. I rozluźnić się.
Stąd pomysł: biegać mniej - no i czasem :) - zapalić plus trochę wypić. I co? Efekt tej taktyki poznałem dziś. We Frankfurcie, gdzie rok temu próbując złamać 3.10 pobiegłem 3.34, dziś pobiegłem 3.07. Nie twierdzę, że to taktyka uniwersalna, ale po wykonaniu pracy i przebiegnięciu w ramach przygotowań 1500 kilometrów, czasem, podkreślam czasem, ta taktyka działa. Niech żyje życie!