Sprawa zarzutów stawianych Romanowi Polańskiemu zasługuje na poważną refleksję i poważną dyskusję. Tym bardziej, że ma całkiem realny wymiar, prawny, a przede wszystkim moralny i etyczny.

REKLAMA
Najpierw, żeby nie było żadnych wątpliwości, rzecz oczywista. To, co zrobił Polański, a zgwałcił 13-latkę, było obrzydliwe. A przede wszystkim było przestępstwem, za które należy się kara.
Polański uciekł z Ameryki. Kara nigdy nie była wymierzona. Amerykański wymiar sprawiedliwości ściga go od lat. Konsekwentnie. I równie nieskutecznie. Obstawiam w tym miejscu i w tym momencie, że Roman Polański ani nigdy nie pojawi się w Ameryce, ani nigdy nie zasiądzie na ławie oskarżonych. Co przecież nie unicestwia sensu debaty i stawiania pytań.
Z prawnego punktu widzenia sprawa jest teoretycznie prosta. Polański jest oskarżony o gwałt. To przestępstwo się w Ameryce nie przedawnia. Skoro tak, to wniosek o jego ściganie i ekstradycję pozostaje w mocy i będzie pozostawał w mocy do czasu, gdy zostanie on osądzony.
Z tego punktu widzenia Polska powinna z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości współpracować i - de facto - ułatwić ekstradycję reżysera. Ale aż tak oczywiste jednak to nie jest. Po pierwsze, w Polsce takie przestępstwo jednak się przedawnia. Po drugie, nawet Szwajcaria, w której skazano Polańskiego na areszt domowy, w końcu Amerykanom go nie wydała.
Zostawmy jednak w tym momencie aspekt prawny. Prawnicy dodaliby tu pewnie jeszcze wiele argumentów za i przeciw, ale jeśli sprawa Romana Polańskiego od tylu lat rozpala wyobraźnię, to przecież nie ze względu na jej prawny aspekt.
Jest prawdą, że sędzia Rittenband, który w 1977 roku rozpatrywał w Los Angeles sprawę Polańskiego, używał jej do autopromocji. Zaproponował Polańskiemu układ - rezygnację ze ścigania go za cztery zarzuty w zamian za poddanie się karze za zarzut piąty, ale potem postanowił jednak układ unieważnić, doszedłszy do wniosku, że Polański w więzieniu przyda mu się bardziej niż Polański na wolności.
Polański dostrzegając pułapkę uciekł z Ameryki. Jeden z prokuratorów w Los Angeles powiedział, że widząc to, co wyrabia sędzia, sam zrobiłby tak jak reżyser. Mamy więc sędziego-krętacza, ale przecież wciąż nie unicestwia to ani ciężaru przestępstwa, ani jego odrażającego moralnego wymiaru.
Mamy też ofiarę. Samantha Geimer ma już dziś 50 lat. Rozmawiałem z nią w zeszłym roku w moim programie. Powiedziała, że Polańskiemu wybaczyła. Stwierdziła, że sędzia był manipulantem. Dodała, że jej pragnieniem jest, by sprawa została definitywnie zamknięta. Chce, by w pokoju i w spokoju żył Polański. A przede wszystkim sama chce mieć cały ten dramat za sobą. Nawiasem mówiąc Polański i Geimer jeszcze całkiem niedawno byli w mailowym kontakcie. Z tego co mówiła, owe maile z obu stron są życzliwe, a ze strony Polańskiego, pełne pokory i poczucia winy.
Dochodzimy tu do ważnego pytania. Czy wola ofiary gwałtu powinna być respektowana? W jakim stopniu? Czy powinna mieć moc powstrzymywania mechanizmu wymiaru sprawiedliwości?
Następne pytanie, bardziej w wymiarze moralnym niż prawnym – czy upływ czasu ma tu jakiekolwiek znaczenie? Czy po 37 latach przestępstwo przestaje być przestępstwem? Czy wola ofiary i upływa czasu mają, powinny mieć w tej sprawie jakąś moc sprawczą? Według amerykańskiego prawa nie, ale powtarzam, w tym momencie stawiam kwestię moralną i etyczną, a nie prawną.
Sprawa Polańskiego podzieliła także Polskę. Według linii, przepraszam, trochę groteskowych. Prawicowe portale, które są wybitnie wyrozumiałe w sprawie działalności arcybiskupa Wesołowskiego i jego naprawdę pedofilskich ekscesów, w sprawie Polańskiego są moralnie jednoznaczne. Skazać, wydalić, osądzić. Może gdyby Polański nie był salonowcem, ale przymierzał się do nakręcenia filmu o "zamachu w Smoleńsku" ich perspektywa byłaby inna. A może nie (choć zgaduję, że byłaby zupełnie inna).
W tej sprawie obie strony mają mocne argumenty. Tych argumentów nie da się łatwo zbagatelizować. Każdy ma w tej sprawie zdanie. I w jakimś sensie każdy ma rację. Choć przecież tych racji pożenić się nie da. Tutaj na kompromis nie ma miejsca.
80-letni sprawca gwałtu. Sędzia cwaniak, który chciał go zniszczyć. Amerykański wymiar sprawiedliwości, który, tak nieustępliwy w przypadku Polańskiego, potrafi być całkiem wyrozumiały w przypadku przestępstw popełnionych przez Amerykanów poza USA. Ewidentne przestępstwo. Odrażający gwałt. Do tego pytanie "pozamerytoryczne" - czy akurat my, Polska, powinniśmy Amerykanom ułatwiać zadanie w sprawie Polańskiego. Szczególnie kilka dni po tym, gdy okazało się, że Amerykanie pomagali tysiącowi nazistów odpowiedzialnym za najstraszniejsze zbrodnie, także za mordowanie Żydów, w tym rodziny Polańskiego.
Jak to wszystko zważyć? Pozostawiam Państwu tę łamigłówkę.