Choć biegam od sześciu lat i cieszę się z tego jak bardzo i jak szybko bieganie staje się w Polsce popularne, to mam coraz większy problem z gazetami, całkiem poważnymi gazetami, które wciąż piszą o bieganiu. Tym bardziej, że pisząc tak bardzo profesjonalnie, nie potrafią często odpowiedzieć na pytanie najprostsze. Takie jak moje: jak nie tyć.

REKLAMA
W całkiem poważnych gazetach przeczytałem ostatnio kilka artykułów o roztrenowaniu. Po roku biegania, po kilku maratonach organizm ma prawo odpocząć - czytam. Słucham też swojego ciała, które mówi mniej więcej to samo. Ale jednocześnie moje ciało, sugerujące mi, by odpocząć, daje mi jednoznaczne sygnały jak zgubne mogą być skutki odpoczynku.
W okresie roztrenowania, jak czytam, należy odpuścić. Luz. Mniej biegania. Może kilka kilometrów co kilka dni. Super, fantastycznie. Jak bardzo bym chciał. Jest jednak pewien problem. Najpierw zwraca mi na niego uwagę waga. Jak nie biegam to tyję. Potem zwraca mi na niego uwagę lustro - jak nie biegam, to naprawdę tyję.
Zacząłem biegać nie po to, by pobiec kiedyś maraton poniżej trzech godzin. Po to biegam teraz. Zacząłem biegać, bo czułem się jak piłka lekarska. Zwyciężał we mnie owal, wylewałem się przez pasek od spodni, wyglądałem, a fuj, nieapetycznie. Więc mogę się jakoś, dobra, nie mogę, ale mógłbym spróbować, pogodzić się z faktem, że już nigdy szybciej maratonu nie przebiegnę. Ale nie chcę być znowu owalem.
Co z tego, że nie chcę. Zamiast 80-90 kilometrów tygodniowo, a tyle biegam przed maratonami, biegam teraz około 50-ciu kilometrów. To, w departamencie roztrenowanie -
wciąż za dużo. Ale to ledwie wystarcza, by moja waga nie eksplodowała. To ma być roztrenowanie?
Ok, słyszałem, że w ramach roztrenowania należy na przykład pływać. W porządku, trenowałem kiedyś pływanie, więc przepłynięcie z marszu trzech i pół kilometra, to dla mnie żaden problem. Ale jest problem. Pływając tyle spalam mniej kalorii, niż wtedy, gdy biegam.
Co robić, zadaję w tym momencie leninowskie pytanie. Pływać, czyli tyć? Nie biegać, czyli tym bardziej tyć? Z jednej strony nienawidzę tego przedmaratońskiego reżimu, który każe odmawiać sobie dokładnie tego, na co mam ochotę. Ale czy mam odmawiać sobie tego zawsze?
Roztrenowanie, fajnie brzmi. Ale ja chcę więcej. Chcę sernika, który uwielbiam, najlepiej w potężnych ilościach. Chcę lodów, w dużych ilościach. Chcę piwa. Chcę jeść wieczorem. Bo to najbardziej smakuje. Do cholery, nie chcę być bez przerwy mnichem.
Ale jak mnichem, choćby w wersji light, być przestanę, to utyję jak prosię. A wtedy za miesiąc, na 16 tygodni przed kolejnym maratonem, będę musiał zrzucić 6-8 kilogramów. Przepraszam niebiegających, ale nie ma nic prostszego nic zrzucenie wagi. Wystarczy mniej jeść. Ale to nie jest żaden pomysł dla maratończyka. Bo ja nie mogę po prostu chudnąć. Muszę mieć siłę, by trenować. A to znaczy na przykład jeść węglowodany. Czyli tyć.
Wiem, że ludzie mają większe problemy, Polska ma problem z wyborami, świat z Rosją i z państwem islamskim, ja te problemy widzę, nie bagatelizuję ich, ale mój maleńki problem też chciałbym rozwiązać.
Bolą mnie achillesy. Boli mnie kolano. Chciałbym wyluzować, ale nie mogę, bo wtedy zbijanie wagi będzie koszmarem. Może jakiś trener albo jakiś dietetyk mi doradzą. Co robić, skoro chcę odpocząć i podjeść, a cena za to będzie taka, że nie będę mógł odpocząć i nie będę mógł jeść.
Dramat. Pomocy!!!