W zależności od kontekstu bardzo zmieniają się znaczenia słów i pojęć. W PRL-u na przykład uznawano, że domaganie się demokracji jest ekstremizmem. Dokładnie. Stawianie jako postulat czegoś, co było naturalnym, przyrodzonym prawem ludzkim, uznawano za ekstremizm, dowód niebezpiecznego radykalizmu, przejaw skłonności wywrotowych.

REKLAMA
PRL dawno za nami, ale sytuacja trochę się powtarza. Dziś domaganie się tego, co jest normą w większości europejskich krajów, uznawane jest za skrajność, radykalizm, ekstremizm. Dlaczego? Nie dlatego, że postulaty są radykalne, bo oczywiście nie są. Dlatego, że kontekst czyni je w jakiś sposób radykalnymi, niebezpiecznymi. Jakoś zrozumiałe. W takim Teheranie i wolność jest ekstremizmem, i prawa człowieka, i prawa kobiet. Wszystko, co odbiega od tego, co zadekretowali ajatollahowie jest skrajnym ektremizmem. Czyli wszystko.
Czytam ostatnio o radykalnie lewicowym Newsweeku i zastanawiam się, czy ci, którzy tak mówią, to skrajni ignoranci czy też cynicy, którzy po prostu zwalczają konkurencję tak jak mogą.
Zastanówmy się przez chwilę nad tym radykalizmem. Otóż w XXI wieku, w kraju, który jest członkiem Unii Europejskiej, radykalizmem lewicowym jest opowiedzenie się za prawem kobiet, lepiej, kobiet i mężczyzn, do korzystania z zapłodnienia metodą in vitro. Okazuje się, że ekstremizmem może być domaganie się prawa ludzi do korzystania ze środków antykoncepcyjnych. Okazuje się, że ekstremizmem jest domaganie się respektowania praw ludzi funkcjonujących w związkach partnerskich.
Zmienia się też nam w naszym "kontekście" definicja prawdy. Okazuje się, że prawdą nie jest to, co nią jest, ale to, czemu na bycie prawdą zezwala jakaś doktryna jakiejś instytucji. Albo jej skrajna hipokryzja. Księża ojcowie? Ależ skąd! To wymysł antyklerykałów! Księża geje? Ależ skąd, nieprawda, redaktor na etacie oświeconego katolika wam to powie. Zamykamy oczy i....hokus pokus, rzeczywistość nie jest taka jaka jest, jest wierna i posłuszna doktrynie.
No więc mamy w Polsce sytuację, w której postulaty już dawno zrealizowane w większości europejskich krajów są znakiem ekstremizmu. No to, z całym szacunkiem, jestem i chcę być, więcej, pozostanę ekstremistą. Z całym szacunkiem nie zgłoszę też akcesu to klubu świętoszków i hipokrytów, gotowych zamknąć oczy i uznawać, że jak czegoś nie widzą, to prawdą to nie jest. Tzw. znawcy Kościoła, specjalizujący się od kasowania z dwóch stron, od zakrystii, jako wzorowi katolicy, i z komercji, jako otwarci na liberalny świat i gotowi głosić w nim chwałe Pana.
Szczerze? To ja już wolę ajatollaha Terlikowskiego niż tych załganych pseudoliberalnych pseudodoktrynalnych, dwie piersi ssących liberalnych katolików. Z Terlikowskim dzieli mnie wszystko, nie jest on jednak przynajmniej kuriozalnym dwulicowcem, takim co poglądy ma wypośrodkowane, co pozwala mu pozować na arbitra elegantiarum. W czasach ostrych podziałów i ostrej walki bycie pomiędzy i pośrodku częściej niż znakiem racjonalizmu jest znakiem asekuranctwa i oportunizmu.
To, co dziś w Polsce uznawane jest za ekstremizm, za 5-10 lat będzie u nas normą. Ja cierpliwie poczekam. Bo tu nie idzie o żadną radykalną propagandę gejowsko-libertyńską, ale o obronę praw człowieka. Nie jestem na przykład za prawem par homoseksualnych do adopcji. Może za jakiś czas będę, ale dziś wciąż wydaje mi się to radykalizmem. Ale jeśli ktoś za radykalizm uznaje domaganie się szacunku dla kobiet wychowujących dziecko, kobiet żyjących w związku partnerskim, to ja go nazywam talibem i zakutym łbem. Jak mu się opowieść o tych kobietach nie podoba – proszę bardzo, nie musi czytać "Newsweeka", jest "Nasz Dziennik" i parę innych pisemek, gdzie można strojąc nabożne minki łoić kasę. Jak komuś się nie podoba, że jakaś część księży jaja sobie robi z celibatu, proszę bardzo, niech swoje kazanka kroi gdzie indziej, ja nie zamierzam udawać, że prawda nie jest prawdą.
Wracając do punktu wyjścia. Nie idzie o żadną radykalną agendę. Idzie o rozwiązania przyjęte w większości krajów należących do Unii Europejskiej, do której podobno też należymy. O to idzie. O nic więcej. O nic mniej.