Pojawiło się ostatnio sporo podsumowań pierwszych dwóch lat prezydentury Bronisława Komorowskiego. Z jednej strony są laurki, takie jak Jarosława Kurskiego, że odpowiedzialny, przewidywalny, uczciwy, niezależny. Z drugiej oceny "relatywnie pozytywne", jak w NaTemat Marka Siwca, że prezydentura dobra, jak Aleksandra Kwaśniewskiego, ale bez tamtego wdzięku i inteligencji. Z trzeciej prawicowe złośliwości, niemerytoryczne, więc nie warte cytowania i polemiki.

REKLAMA
Wielu twierdzi, że w Pałacu Prezydenckim tylko skończony osioł nie miałby dobrych notowań, wystarczy nie wchodzić nikomu w paradę, nie wypowiadać sądów zanadto kontrowersyjnych, nie iść z nikim na otwartą wojnę, być miłym, a najlepiej czarującym.
Obecna prezydentura nie przekreśla według mnie sensu dyskusji nad potrzebą istnienia takiej prezydentury w jej obecnym kształcie konstytucyjnym. Będą się upierał, że system mamy dysfunkcjonalny i niepraktyczny. Człowiek wybierany w powszechnych wyborach musi mieć potężne kompetencje, o wiele większe niż ma polski prezydent, mniej więcej takie jak prezydent we Francji albo w USA. Konstytucji jednak nikt ani dziś, ani za rok, ani za 5 lat u nas nie zmieni.
I w takim wariancie konstytucyjnym Bronisław Komorowski jest prezydentem po prostu dobrym. Wolałbym może prezydenta bardziej aktywnego, wchodzącego w polityczne zwarcie, mającego jasną agendę, ryzykującego społecznym poparciem, które wypracował dla forsowania własnych projektów. Z drugiej strony nie raz, nie dwa i nie trzy powodowałoby to spory i ataki, że prezydent chce poszerzyć swe kompetencje, wchodzi nie w swój ogródek, jest ekspansywny i agresywny.
Poparcie dla prezydenta Komorowskiego jest ogromne. Pytanie dlaczego? Nie dlatego, jak sądzę, że - jak napisał Jarosław Kurski - ma liczne zalety i do tego "jest arcypolski". Raczej z innego powodu, dość banalnego, ale którego bym wcale nie bagatelizował. Otóż Polacy nie mają wobec polityki i polityków wielkich oczekiwać, chcą głównie, by - skoro politycy nie mogą i nie potrafią wiele zmienić, przynajmniej obywatelom nie przeszkadzali. Ale Komorowski dostaje premię nie tylko za nieprzeszkadzanie. Głównie za coś innego. Polacy wiedzą, że mogą przy nim spać spokojnie, że może popełni gafę, ale nie wielki błąd, może powie coś niezręcznego, ale nie powie niczego głupiego.
Czy to nie jest za mało? To może nie jest niebotyczna wysokość oczekiwać obywateli wobec głowy państwa, ale to wcale nie jest mało. Szczególnie po rządach "bliźniaczych".
Dlatego nie Donald Tusk, ale Bronisław Komorowski jest największym beneficjentem tego kto był w Polsce poprzednim prezydentem i poprzednim premierem. Gdy Kaczyńscy zdobywali władzę, Komorowski powiedział "szkoda Polski". Ciekawe czy już wtedy wiedział, że właśnie oni zbudują solidny fundament pod jego solidną prezydenturę. I mówiąc "solidną" absolutnie nie ironizuję. To jest dokładnie to słowo, które według mnie tę prezydenturę najlepiej opisuje.