Niecałe 48 godzin. Po wielu miesiącach przygotowań 9 tysięcy masochistów będzie sobie przez kilka godzin zadawało wielkie cierpienia, będzie się przeklinało, będzie jęczało i umierało, by na końcu sobie i tym wokół siebie pogratulować.

REKLAMA
Kilkadziesiąt godzin przed maratonem. To fajny moment. Właściwie już nic nie można zmienić. Żaden trening już nie pomoże, może co najwyżej zaszkodzić. Można tylko czekać. Najlepiej leżeć. A jak wstać, to najlepiej po to, by zjeść. Najlepiej pastę albo pizzę. Bo węglowodany, ładowanie baterii.
Lubię też sobotni poranek. Tysiące z nas, biegaczy, będzie odbierało numery startowe. To jest rytuał. Tak jak potem, w domu, w hotelu, przypinanie numeru startowego do koszulki.
Po co biegamy te maratony? A cholera wie. Dla mnie ten niedzielny w Warszawie, będzie jedenastym. Za mną 10, w dziewięciu krajach, na trzech kontynentach. W Warszawie jest jeszcze prosto. Wstaję, biegnę, kończę, jadę do domu, jem lody i piję piwo, czyli robię to, czego nie mogłem robić przez całe miesiące. Ale maratony "pozapolskie"? Zaraz po biegu hotel, prysznic, wyprowadzka, lotnisko, lot, powrót. Mordęga. Więc po co? Naprawdę nie mówię tego kokieteryjnie – nie wiem.
Dobra, wiem. W niedzielę chciałbym, marzę, pobiec poniżej 3 godzin 30 minut. Cholernie trudne, w każdym razie dla mnie. Musiałbym mieć swój dzień, wszystko musiałoby się udać doskonale. A przecież może być 3.40. Albo 3.50. Albo jeszcze więcej. Więc będzie euforia albo radość albo rozczarowanie albo smutek. No dobra, ale można tego wszystkiego doznać nie biegając maratonów, nie biegając pięć razy w tygodniu, nie mordując się. Więc po co?
Nie wiem. Ja po prostu już nie umiem inaczej. Ja nie wiem, czy chodzi o jakieś endorfiny, o dobrą formę, o kryzys wieku średniego, o udowodnienie sobie czegoś czy cholera wie o co. Może o nic nie chodzi. Może to jest istota tego biegania, że w bieganiu idzie o bieganie. Nic mniej, nic więcej. Może. Przebiegłem w ostatnich czterech latach, bo tyle biegam, jak obliczyłem, jakieś 12,5 tysiąca kilometrów. Za mało najwyraźniej, by wyjść poza "być może".
Więc zamiast "być może" jedno "na pewno". Na pewno ta niedziela będzie niezwykle ważnym dniem dla moich sióstr i braci w bieganiu. Oraz dla ich rodzin, które przez miesiące znoszą nieobecność, monotematyczność i nasze biegowe przynudzanie. Czy ktoś pobiegnie w 2.20 czy w 5.40 - bez znaczenia. Naprawdę każdy wygra. Wygra nawet jak będzie smutny, bo "nie złamał" tego czasu, co sobie go złamać obiecał.
Jak nas na ulicach Warszawy zobaczycie, to pomagajcie. Dopingujcie, krzyczcie, to bardzo, bardzo pomaga. Łatwiej będzie nam sobie wyobrazić ten moment, gdy już będziemy na 42. kilometrze na moście Poniatowskiego, jeszcze moment, chwila i Stadion Narodowy, meta. I to cudowne uczucie – nie musieć biec.