Czasem sukces czy dobry wynik są efektem przypadku. Albo przypadków. Tak jak mój rekord życiowy w maratonie, który pobiłem dziś we Frankfurcie - 3.27.56.
REKLAMA
Nie planowałem tego maratonu. Zapisałem się na niego dopiero, gdy na 10 dni przed Maratonem Warszawskim zobaczyłem prognozę pogody dla stolicy na 30 września. Miało być 28 stopni. W tej temperaturze nie chciałem, nie mogłem biec - znam swój organizm, to by było jak prośba o zawał. Ale prognoza dla Warszawy się zmieniła. Było cudnie, 15 stopni. I był rekord - 3.31.22. Do wymarzonego "złamania" 3.30 niestety zabrakło 83 sekund.
Już wtedy pomyślałem o poprawce. Ale potem przeczytałem prognozy dla Frankfurtu. Odczuwalna temperatura na 28 października - 0 stopni. Ok, jestem wikingiem, ale bez przesady. Kilka treningów w ostatnim czasie kazało mi jednak biec. Bo prowadziłem się mało sportowo, a na każdym dystansie - 11, 15, 20 km biłem swe rekordy z łatwością. Nie było wyjścia - kierunek Frankfurt. Wczoraj wieczorem zmieniłem jeszcze czas w telefonie. Nie pomyślałem, że telefon sam to robi. W efekcie, gdy wstałem, myśląc że jest 8, była 9. Cudem zdążyłem na start, żadnej rozgrzewki, za to wyspany byłem jak nigdy. A potem? A potem prawie 208 minut biegu. I wielka radość. 4 lata pracy. Opłacało się.
