Miliony Polaków, w tym czytelnicy naTemat, zadają sobie, myśląc o Smoleńsku, kontrowersjach, spiskowych teoriach i gadaninie i zamachu, to samo pytanie – "Czy to wszystko się kiedyś skończy?".

REKLAMA
Odpowiedź brzmi, oczywiście, niestety - "nie". Albo inaczej "to wszystko" mogłoby się skończyć tylko wtedy, gdyby przedstawiono stuprocentowe dowody, że zamach był. W ostatni wtorek wielu z tych, w tym przyznaję - ja sam - słysząc o trotylu i nitroglicerynie na moment, na minutę, pomyślało albo na kilkadziesiąt minut albo na parę godzin myślało, że może rzeczywiście zamach mógł być. Dlaczego? No bo przecież w głowie się nie mieści, że niby poważna gazeta mogła po prostu opublikować oczywiste kłamstwa. Stuprocentowych dowodów, inaczej, żadnych realnych dowodów na zamach nikt nigdy jednak nie przedstawi. Z bardzo prostego powodu. Żadnego zamachu nie było.
"To wszystko" będzie więc trwało. I to wcale nie w tym prostym sensie, w jakim prawie 50 lat po zamachu na Kennedy'ego wciąż żywe są dotyczące go teorie spiskowe. U nas sens tych teorii, przy całym ich bezsensie, polega na tym, że ich adwokatami są nie jacyś zwariowani zwolennicy spisków wszelakich, nie dziwacy wyłącznie, lecz przedstawiciele, dokładnie tak, mainstreamu.
W pewnej, by tak rzec, konfuzji, jest oczywiście także wielu ludzi jak najdalszych od smoleńskiej religii. Skąd powody ich sceptycyzmu? Bo jednak niektóre ciała zamieniono, bo przecież ziemi w okolicach wraku nie przeczesano tak jak sugerowała to minister Kopacz, bo przecież wciąż nie ma u nas wraku i czarnych skrzynek, więc pewnie Rosjanie coś ukrywają. Wrak i czarne skrzynki oczywiście powinny już być w Polsce. Dlaczego nie są? Może dlatego, że - jak sugeruje Agnieszka Holland, Rosjanie wiedzą, że gdyby wrak wpadł w ręce takiego Macierewicza, to w kilka chwil znalazłyby się na nim trotyl, nitrogliceryna i cholera wie co jeszcze. Może dlatego, że Rosjanie lubią tak po prostu Polakom robić na złość. A może dlatego, że wiedzą, że nic tak nie dzieli Polaków jak religia smoleńska, a religia ta potrzebuje wątpliwości, a nieoddanie wraku wątpliwości podsyca.
Oczywiście brak wraku i skrzynek, zamienienie niektórych ciał czy nieścisłe słowa minister Kopacz nie są żadnym dowodem na jakikolwiek zamach, ale są amunicją dla tych, którzy do zamachu przekonują. Pytanie najważniejsze brzmi - dlaczego przekonują.
Otóż nie tylko religii smoleńskiej i nie tylko jej wyznawcom, ale przede wszystkim jej kapłanom, zamach jest po prostu potrzebny. Po pierwsze zamach nadaje sens, a nawet niezwykła rangę prezydenturze Lecha Kaczyńskiego. Jeśli był zamach, to znaczy, że miał sens, tak?
A mógł mieć sens wyłącznie pod warunkiem, że Kaczyński był wielkim zagrożeniem dla Rosji, Kremla i Putina. Nie bardzo wiadomo na czym to wielkie zagrożenie albo jakiekolwiek zagrożenie miałoby polegać. Prezydent Kaczyński zajął twarde i słuszne stanowisko w sprawie wojny w Gruzji. Twarde w tym sensie, że ostro przeciwstawił się interwencji, niezależnie od tego, że jego polityczny przyjaciel, prezydent Gruzji, przez swą skrajną polityczną nieodpowiedzialność tę interwencję sprowokował. Stanowisko Lecha Kaczyńskiego miało ważny wymiar symboliczny, ale politycznie było bez znaczenia. Nic się nie zmieniło. Co się stało w efekcie interwencji, niezmienione trwa.
Prezydentura Lecha Kaczyńskiego nie tylko nie stanowiła więc dla Moskwy jakiegokolwiek problemu. Ona była dla niej politycznie użyteczna. Sprzyjała bowiem często malowaniu głupiej bo głupiej, ale propagandowo użytecznej wizji Polaka nieracjonalnego rusofoba. Warto zresztą w wolnej chwili przeczytać tekst wystąpienia, które Lech Kaczyński miał wygłosić 10 kwietnia 2010 roku w Katyniu. Było ono mądre. Było dopełnieniem ważnego symbolicznego wydarzenia jakie w Katyniu miało miejsce 7 kwietnia, gdy spotkali się tam premierzy Tusk i Putin. Warto o tym pamiętać, ale wyłącznie po to, by oddać prezydentowi co mu należne. Ale też by zrozumieć, że z politycznego punktu widzenia zamach nie miał najmniejszego sensu. Można zarzucać Rosjanom, że bywali w historii nieludzcy, a we współczesności podli (choćby sprawa Litwinienki), bezwzględni i cyniczni. Ale politycznie głupi nie byli i nie są.
Zamach jest też potrzebny, by jakoś nadać sens pochowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Nie zasługiwał na to, umówmy się, kiepski i nieporadny prezydent, który miał w Polsce naprawdę niewielkie poparcie i któremu według wszelkiego prawdopodobieństwa w wyborach prezydenckich w październiku 2010 roku, Polacy by podziękowali wygłosowując go z pałacu prezydenckiego. Ale miejsce prezydenta zamordowanego przez Rosjan być może rzeczywiście jest na Wawelu? A więc zamach byłby tu przydatny.
Użyteczność zamachu jest jednak największa w zupełnie innych punktach. Teoria zamachu, a przede wszystkim towarzysząca jej teoria uczestnictwa w nim polskich władz z Tuskiem na czele służy delegitymizacji tej władzy, delegitymizacji prezydenta Komorowskiego, pewnie uzurpatora i premiera Tuska, pewnie cichego podwykonawcy w morderczym planie Putina. Skoro zamach i współodpowiedzialność Tuska i Komorowskiego, to Platforma traci jakiekolwiek moralne prawo do sprawowania władzy w Polsce. Skoro zamach, to moralny tytuł do jej sprawowania mogą mieć wyłącznie PIS i Jarosław Kaczyński. Stąd zdrajcy, stąd Komoruski, stąd Tuskoputin i inne epitety.
Jarosław Kaczyński, PIS i proPISowscy dziennikarze oraz publicyści najzwyczajniej nie mogą zrezygnować z teorii zamachu i muszą ją bez przerwy ożywiać, bo jest ona dla nich trampoliną do odzyskania władzy i wpływów. Część z nich w jakimś niezrozumiałym amoku rzeczywiście uważa, że zamach był. Ale zamach i cała ta teoria nie są wyłącznie dziećmi szaleństwa. Są one dziećmi i braćmi brutalnego, politycznego interesu. Jak długo teoria żyje, tak długo Kaczyński i PIS mogą odzyskać władzę. Jak długo jest taka szansa, Kaczyńskiego, PIS i teorię zamachu będą wspierać ludzie, którzy razem z PIS-em chcą przejąć wpływy - we władzy, w instytucjach publicznych, w mediach. A wtedy będą mogli przystąpić do totalnej orbanizacji Polski. Mielibyśmy pod płaszczykiem demokracji prawdziwy dyktat "moralnej i patriotycznej grupy". Mielibyśmy w końcu to, co jest istotą całego politycznego planu Jarosława Kaczyńskiego - absolutną wymianę elit. Bo wprawdzie i Kaczyński i sprzyjający mu naukowcy oraz dziennikarze są jak najbardziej w mainstreamie, ale nie dominują w nim. Ich poglądy nie są nakazowo obowiązujące. Ich poglądów nie wspiera sankcja państwa. A właśnie tego chcą.
Chcą tak bardzo, że rzucają się na każdy okruch, okruszek nadziei, że zamach był, na wszystko, choćby było to coś całkowicie irracjonalnego, co może teorię zamachu utrzymać przy życiu, co może niepewność ludzi podsycać. Kłamstwo w "Rzeczpospolitej"? Spójrzmy na ich reakcje. To już nie kłamstwo. To świadectwo gorliwości w dokopywaniu się do prawdy. Oburzenie, że takie kłamstwo Polsce zafundowano, to nagonka władzy, służb, rządowych mediów. To nie mówią głupcy. To mówią ludzie inteligentni jak Andrzej Urbański czy Bronisław Wildstein. Czy mówią bo coś im zakłóca percepcję rzeczywistości? A może z cynizmu? Skrajnego cynizmu? Paradoksalnie to się wcale nie wyklucza. Mesjanizm naprawdę może iść ręka w rękę z paranoją.
Oni wszyscy, cynicy i szaleńcy, polityczni pieczeniarze i oszołomy, teorii zamachu nie pogrzebią nigdy. Bo ten pogrzeb byłby też pogrzebem ich rojeń i ambicji. A do tego, po ludzku, są niezdolni. Tego po prostu nie chcą i tego nie zechcą. Może sobie pan Lasek w Gazecie Wyborczej punkt po punkcie, krok po kroku, tłumaczyć dlaczego zamachu naprawdę nie było. To ma sens o tyle, że warto ludziom wątpiącym przedstawiać rzetelne argumenty. Ale kapłanom smoleńskiej religii przyjęcie takich argumentów nie odpowiada. Oni ich przyjąć za żadne skarby świata nie mogą. Bo rujnowałoby to religię, na której zasadzony jest cały ich świat. I ich nadzieje na przyszłość.
"Co się podzieliło, to się już nie sklei", napisał kilka dni po katastrofie poeta Rymkiewicz. Pewnie się nie sklei. Tym bardziej, że od ponad 30-tu miesięcy trwa wielka praca, by się nie skleiło. Ta praca nie ustanie niezależnie od tego co wykaże komisja ta, inna, jakakolwiek, międzynarodowa, NATO-owska, amerykańska, międzygwiezdna, cholera wie jaka.
Religia smoleńska nie potrzebuje sensu. Potrzebuje niezłomnej wiary. I zdeterminowanych kapłanów. Ma jedno i drugie. Czy nam się to podoba czy nie, zostanie z nami na lata. A może dziesięciolecia. 10 kwietnia nie było zamachu. Zaczął się on po 10-tym kwietnia. To zamach na rozum. Czy się powiedzie? To już wyłącznie kwestia naszego rozumu.